Hmm... teraz historia? - pomyślałam próbując przypomnieć sobie jaką mam teraz lekcję. Za nic nie mogłam sobie przypomnieć i stwierdziłam, że zapytam się pierwszej lepszej osoby z którą mam dziś zajęcia. Zauważam Daniel z którą miałam większość zajęć w tygodniu, może dowiem się w końcu co miałam.
- Cześć Daniel - witam się najmilej jak się da - Wiesz może co teraz mamy?
- Cześć Ana, teraz mamy biologie. - Uśmiechnęła się do mnie promiennie. Jest miłą szczupłą blondynką, przewodniczącą szkoły, wzorową uczennicą i jako jedna z niewielu nie traktowała mnie jak odmieńca. Nawet ją lubiłam, ale muszę przyznać szczerze, że czasami miałam dość jej radości... no bo ile można się szczerzyć do całego świata?!
- Dzięki. Do zobaczenia na lekcji. - uśmiecham się i odchodzę zanim zacznie trajkotać jak nawiedzona.
W chwili kiedy wyjęłam książkę z szafki, rozdzwonił się mój telefon. To Phil. Chodziłam z nim już od miesiąca, czyli pamiętnego spotkania na plaży. Nie to, żebym była w nim zakochana... po prostu dobrze się z nim bawiłam i - co najważniejsze - rodzice go nie lubili. Nadal nie wybaczyłam im tej przeprowadzki.
- Halo? - mówię do komórki.
- Cześć złotko. Chcesz gdzieś się przejść? - pyta.
- No jasne Phil. Kiedy i gdzie?
- Teraz, a gdzie to tajemnica. - niemal słyszałam jak się uśmiecha.
- Ale teraz? Ja mam lekcję... - coś mi się nie podobał ten pomysł... może nie byłam wzorową córką i uczennicą, ale nie podobała mi się wizja kiblowania w ostatniej klasie.
- No dawaj. Jedne wagary nic ci nie zrobią. Czekam przed szkołą.
- No dobra. Będę do pięciu minut. - rozłączyłam się.
Raz kozie śmierć! - pomyślałam i wyszłam ze szkoły, próbując nie zwracać na siebie uwagi.
Stał oparty o palmę i patrząc się w przestrzeń. Chciałam go zaskoczyć i skoczyć na jego plecy, ale w ostatniej chwili się obrócił, złapał mnie w locie i pocałował.
- To dziś latamy? Mogłaś nie uprzedzić to bym założył skrzydła. Ale na wszelki wypadek poćwicz lądowanie - powiedział wesołym tonem.
- No jasne, to gdzie idziemy? - uśmiecham się.
- Nie powiem ci. Pojedziemy moim samochodem, dobrze?
W odpowiedzi kiwnęłam głową, a po chwili jechaliśmy ulicami Los Angeles czarnym SUVem. Nie chciał mi w ogóle powiedzieć gdzie mnie wiezie. Za każdym razem jak się pytałam, on tylko się uśmiechał.
Po dwudziestu minutach byliśmy na obrzeżach miasta. Zaparkowaliśmy pod jakąś rozpadającą się ruderą.
- Po co tu jesteśmy? - zapytałam z niepokojem.
- Niespodzianka. Chodź. - wziął mnie za rękę i ruszyliśmy w kierunku walącego się domu... chyba domu.
- Ale po co tam? - coś mi mówiło, że to coś niezbyt nadaje się na randkę.
Phil tylko lekko uśmiechną się i wszedł do "budynku", a ja zaraz po nim.
Wnętrze aż prosiło się o odchwaszczanie, a na środku stały pieńki, robiące za prowizoryczne krzesła i stolik plastikowy ( jedyna czysta rzecz )... hm... nie ma to jak romantyczny klimat.
Chwile coś kombinował przy stole zasłaniając go, a jak już się odsunął zobaczyłam biały proszek... nie no... nie mogłam uwierzyć w to co widzę...
- Biała dama się do nasz przyłącza... nie masz nic przeciwko? - zapytał z błyskiem w oku.
Trochę mi zajęło zanim odzyskałam głos.
- Serio? Kokaina? Czy do reszty, ci się na łeb rzuciło?!
- Spokojnie mała, po tym tylko jakiś czas będziesz happy i tyle. Nic wielkiego.
W życiu nie brałam narkotyków... pić mi się owszem zdarzało, ledwie przechodziłam w Polsce od klasy do klasy, pyskowałam jak najęta, przeklinałam, raz nawet paliłam papierosy, do chwili kiedy dotarło do mnie, że śmierdzę przez nie na kilometry... ale nigdy nie ćpałam. Co powiedzieliby rodzice? I to przeważyło szalę...
- Dobra - zgodziłam się - dawaj, ale mało.
- Ok.
Kiedy już wciągnęłam biały śnieg, nie odczuwałam żadnej różnicy. Rozmawialiśmy trochę, a po dziesięciu minutach nadciągnęło uczucie głupiej euforii... O-ho, coś zaczynało działać.
- Zatańczymy? - zaproponował, na co ja się zgodziłam od razu.
Phil włączy jakąś wolną piosenkę na telefonie i zaczęliśmy tańczyć. Cały czas szczerzyłam się okrutnie. ALE BYŁO TAK FAJNIE!!! Najlepsze uczucie w życiu!!!
Zahaczyłam o coś butem, poczułam jak lecę w dół, ale w ostatniej chwili mój fajny chłopak mnie złapał. Zaczęłam się opętańczo śmiać, a po chwili - wyleciało mi z głowy co było pomiędzy, pewnie coś nie ważnego - całowaliśmy się namiętnie... mmm... cudownie się czułam... to było naprawdę fajne... poczułam jak mi wkłada ręce pod koszulkę i ... zadzwonił telefon. Najpierw starałam się go ignorować, ale nie wytrzymałam i ze śmiechem (nie wiem z jakiego powodu się śmiałam, ale nieważne, bo jest super!!!) odebrałam komórkę.
- Tak? - zachichotałam do telefonu.
- Gdzieś ty jesteś do cholery, Anastazjo?! - warknęła po drugiej stronie mama.
- Weź wyluzuj. Nic mi nie jest. - znowu śmiech.
- Masz wracać do domu, ale już!!!
- A co jeśli nie? - boże... chyba powinnam przestać się śmiać... ale nie da się... to jest takie fajne uczucie!!!
- WRACAJ NATYCHMIAST!!!
- Dobra stara, bez spiny. - rozłączyłam się zanim coś powiedziała.
- Muszę wracać. - oznajmiam wesoło Philowi.
- Dobra, odwiozę cię.
- Ale szkoda, że tak szybko się skończyło - chichotałam dalej.
Nic nie mówił, tylko poszedł do auta i otworzył mi drzwi.
- Haha... jaki dżentelmen - nie mogłam przestać się śmiać, to było takie zabawne! Nie wiem dlaczego, ale było i już.
Hm... dziwne. Kiedy prowadził był skupiony... może na niego ten odlotowy proszek nie działa? Na tą myśl znowu zaczęłam chichotać.
Strasznie szybko dotarliśmy pod dom i wyszłam z auta, po któryś tam pocałunku z moim przystojnym chłopakiem. Kiedy weszłam do domu po wielu krzykach rodziców o to, że coś brałam i moim, niekończącym się śmiechu, zostałam zamknięta w pokoju.
Hahaha... co im odwaliło? Przecież jest taki ładny dzień - pomyślałam i spojrzałam na zegarek - dobra... ładna ósma trzydzieści wieczorem.
- Cześć. Chodź. - Nie musiał dwa razy powtarzać.
Po jakimś czasie byliśmy w jakimś domu... może jego, może nie. Chwila... jak weszliśmy tam? Kij, nie ważne. Kto by się tam przejmował?
- Chcesz się czegoś napić? - spytał.
- Jasne, a co proponujesz? - jeszcze szerszy uśmiech.
Zniknął na chwilę w domu po czym wrócił z jakimś kilkami butelkami piwa.
- Chcesz jedno? - podsunął mi jedną.
- Tak! No pewnie!!!
Po paru piwach i długim czasie obściskiwania się, Phil spojrzał na okno i nagle mnie zostawił mówiąc, że zaraz wróci i mam zostać na miejscu. Odrobinę się zaniepokoiłam, ale tylko odrobinę, bo kokaina nadal działa i w dodatku byłam po alkoholu.
Minęło pięć minut - nic.
Siedem - nadal go nie było.
Dziesięć - niepokój przebił się przez proszek i promile.
Piętnaście - straciłam cierpliwość i zaczęłam go szukać.
Na parterze nikogo nie było. Usłyszałam krzyk dochodzący z pola. Przeraziłam się i z jakiegoś powodu, jak idiotki w tanich horrorach, ruszyłam w stronę, z której dochodził dźwięk. Ostrożnie wyszłam drzwiami i powoli poszłam w kierunku ogrodu. Zobaczyłam tam jakiś dziwny, poruszający się cień.
- Phil? - zapytałam z niepokojem.
Cień odwrócił się w moją stronę... ale nie cały. Zostawił za sobą coś dużego... rozszarpany człowiek!
Zaczęłam się cofać, ale to coś było coraz bliżej. Kiedy padło na nie światło z okna, aż krzyknęłam. Stała tam jakaś maszkara. Wielkie, obślizgłe od żółtego śluzu, zniekształcone Coś.
BOŻE! RATUNKU!! - chciałam krzyknąć, ale głos uwiązł mi w gardle.
Potwór stanął i zaczął szykować do skoku... a ja stałam i patrzyłam się, ponieważ moje nogi zamieniły się w watę.
Zaraz zginę - pomyślałam.
Wszystko co nastąpiło potem było rozmazanym cieniem. Stwór był w powietrzy, powietrze przecięła ciemny, duży kształt, srebrny błysk, przeszywający noc krzyk i głęboka ciemność. Nic więcej.
__________________________________________
HAHA... fajnie zaczęło się robić, co nie? Najlepiej teraz przerwać :D
Jak się podobało? Czekam na hejty (szczerze) w komach ;)
Jak zawsze... pomagała mi żona - Czarna ^^
Po dwudziestu minutach byliśmy na obrzeżach miasta. Zaparkowaliśmy pod jakąś rozpadającą się ruderą.
- Po co tu jesteśmy? - zapytałam z niepokojem.
- Niespodzianka. Chodź. - wziął mnie za rękę i ruszyliśmy w kierunku walącego się domu... chyba domu.
- Ale po co tam? - coś mi mówiło, że to coś niezbyt nadaje się na randkę.
Phil tylko lekko uśmiechną się i wszedł do "budynku", a ja zaraz po nim.
Wnętrze aż prosiło się o odchwaszczanie, a na środku stały pieńki, robiące za prowizoryczne krzesła i stolik plastikowy ( jedyna czysta rzecz )... hm... nie ma to jak romantyczny klimat.
Chwile coś kombinował przy stole zasłaniając go, a jak już się odsunął zobaczyłam biały proszek... nie no... nie mogłam uwierzyć w to co widzę...
- Biała dama się do nasz przyłącza... nie masz nic przeciwko? - zapytał z błyskiem w oku.
Trochę mi zajęło zanim odzyskałam głos.
- Serio? Kokaina? Czy do reszty, ci się na łeb rzuciło?!
- Spokojnie mała, po tym tylko jakiś czas będziesz happy i tyle. Nic wielkiego.
W życiu nie brałam narkotyków... pić mi się owszem zdarzało, ledwie przechodziłam w Polsce od klasy do klasy, pyskowałam jak najęta, przeklinałam, raz nawet paliłam papierosy, do chwili kiedy dotarło do mnie, że śmierdzę przez nie na kilometry... ale nigdy nie ćpałam. Co powiedzieliby rodzice? I to przeważyło szalę...
- Dobra - zgodziłam się - dawaj, ale mało.
- Ok.
Kiedy już wciągnęłam biały śnieg, nie odczuwałam żadnej różnicy. Rozmawialiśmy trochę, a po dziesięciu minutach nadciągnęło uczucie głupiej euforii... O-ho, coś zaczynało działać.
- Zatańczymy? - zaproponował, na co ja się zgodziłam od razu.
Phil włączy jakąś wolną piosenkę na telefonie i zaczęliśmy tańczyć. Cały czas szczerzyłam się okrutnie. ALE BYŁO TAK FAJNIE!!! Najlepsze uczucie w życiu!!!
Zahaczyłam o coś butem, poczułam jak lecę w dół, ale w ostatniej chwili mój fajny chłopak mnie złapał. Zaczęłam się opętańczo śmiać, a po chwili - wyleciało mi z głowy co było pomiędzy, pewnie coś nie ważnego - całowaliśmy się namiętnie... mmm... cudownie się czułam... to było naprawdę fajne... poczułam jak mi wkłada ręce pod koszulkę i ... zadzwonił telefon. Najpierw starałam się go ignorować, ale nie wytrzymałam i ze śmiechem (nie wiem z jakiego powodu się śmiałam, ale nieważne, bo jest super!!!) odebrałam komórkę.
- Tak? - zachichotałam do telefonu.
- Gdzieś ty jesteś do cholery, Anastazjo?! - warknęła po drugiej stronie mama.
- Weź wyluzuj. Nic mi nie jest. - znowu śmiech.
- Masz wracać do domu, ale już!!!
- A co jeśli nie? - boże... chyba powinnam przestać się śmiać... ale nie da się... to jest takie fajne uczucie!!!
- WRACAJ NATYCHMIAST!!!
- Dobra stara, bez spiny. - rozłączyłam się zanim coś powiedziała.
- Muszę wracać. - oznajmiam wesoło Philowi.
- Dobra, odwiozę cię.
- Ale szkoda, że tak szybko się skończyło - chichotałam dalej.
Nic nie mówił, tylko poszedł do auta i otworzył mi drzwi.
- Haha... jaki dżentelmen - nie mogłam przestać się śmiać, to było takie zabawne! Nie wiem dlaczego, ale było i już.
Hm... dziwne. Kiedy prowadził był skupiony... może na niego ten odlotowy proszek nie działa? Na tą myśl znowu zaczęłam chichotać.
Strasznie szybko dotarliśmy pod dom i wyszłam z auta, po któryś tam pocałunku z moim przystojnym chłopakiem. Kiedy weszłam do domu po wielu krzykach rodziców o to, że coś brałam i moim, niekończącym się śmiechu, zostałam zamknięta w pokoju.
Hahaha... co im odwaliło? Przecież jest taki ładny dzień - pomyślałam i spojrzałam na zegarek - dobra... ładna ósma trzydzieści wieczorem.
~*~
Musiałam na chwilkę zasnąć bo jak się obudził mnie sms była już dziesiąta. W życiu nie uwierzyłam bym, że po godzinie snu wstanę kiedyś wesoła... odczuwałam trochę mniej radości, niż parę godzin temu, ale i tak było dobrze. Zerknęłam na wiadomość. To Phil.
*Czekam przed twoim domem*
Nie zastanawiając się długo, przeczesałam włosy szczotką i radosna jak skowronek wyszłam z domu, ciesząc się, że mama z tatą śpią.
- Siemka. - przywitałam się z szerokim uśmiechem.- Cześć. Chodź. - Nie musiał dwa razy powtarzać.
Po jakimś czasie byliśmy w jakimś domu... może jego, może nie. Chwila... jak weszliśmy tam? Kij, nie ważne. Kto by się tam przejmował?
- Chcesz się czegoś napić? - spytał.
- Jasne, a co proponujesz? - jeszcze szerszy uśmiech.
Zniknął na chwilę w domu po czym wrócił z jakimś kilkami butelkami piwa.
- Chcesz jedno? - podsunął mi jedną.
- Tak! No pewnie!!!
Po paru piwach i długim czasie obściskiwania się, Phil spojrzał na okno i nagle mnie zostawił mówiąc, że zaraz wróci i mam zostać na miejscu. Odrobinę się zaniepokoiłam, ale tylko odrobinę, bo kokaina nadal działa i w dodatku byłam po alkoholu.
Minęło pięć minut - nic.
Siedem - nadal go nie było.
Dziesięć - niepokój przebił się przez proszek i promile.
Piętnaście - straciłam cierpliwość i zaczęłam go szukać.
Na parterze nikogo nie było. Usłyszałam krzyk dochodzący z pola. Przeraziłam się i z jakiegoś powodu, jak idiotki w tanich horrorach, ruszyłam w stronę, z której dochodził dźwięk. Ostrożnie wyszłam drzwiami i powoli poszłam w kierunku ogrodu. Zobaczyłam tam jakiś dziwny, poruszający się cień.
- Phil? - zapytałam z niepokojem.
Cień odwrócił się w moją stronę... ale nie cały. Zostawił za sobą coś dużego... rozszarpany człowiek!
Zaczęłam się cofać, ale to coś było coraz bliżej. Kiedy padło na nie światło z okna, aż krzyknęłam. Stała tam jakaś maszkara. Wielkie, obślizgłe od żółtego śluzu, zniekształcone Coś.
BOŻE! RATUNKU!! - chciałam krzyknąć, ale głos uwiązł mi w gardle.
Potwór stanął i zaczął szykować do skoku... a ja stałam i patrzyłam się, ponieważ moje nogi zamieniły się w watę.
Zaraz zginę - pomyślałam.
Wszystko co nastąpiło potem było rozmazanym cieniem. Stwór był w powietrzy, powietrze przecięła ciemny, duży kształt, srebrny błysk, przeszywający noc krzyk i głęboka ciemność. Nic więcej.
__________________________________________
HAHA... fajnie zaczęło się robić, co nie? Najlepiej teraz przerwać :D
Jak się podobało? Czekam na hejty (szczerze) w komach ;)
Jak zawsze... pomagała mi żona - Czarna ^^
Fajne opowiadanko, przyjemnie się czyta. Wyłapałam parę błędów, a mianowicie zostawiasz niepotrzebne litery. Coś w stylu złej odmiany. Nic poważnego, ale trochę mnie kuje w oczy. :)
OdpowiedzUsuńPomysł ciekawy. Dobrze, że ten cały Phil został rozszarpany od razu w pierwszym rozdziale. Nie polubiłam gościa. xD
Niech wena będzie z Tobą.
Pozdrawiam!
Cudooo <3 Teraz czekam na kolejny rozdział :D
OdpowiedzUsuńPomysł ciekawy, ale na twoim miejscu zamienilamabym słowa: "fajny", "fajnie", "super" na inne słowa, ponieważ są to słowa potoczne, a ich nie powinno się używać. Nie są to słowa z języka polskiego, ale z potocznego. Inny błąd to za duża ilość wykrzykników, uwież mi - jeden wystarczy.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Wiem, że źle pisałam, ale to było celowe.
UsuńWątpię, czy ktoś by pamiętał, że Anastazja brała kokaine, jeśli w narracji pierwszoosobowej pisałabym normalnie :D
Ja też pozdrawiam :)
Świetny! Z niecierpliwością czekam na następny :)
OdpowiedzUsuńŻyczę dużo weny