playlist

wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział 5

  Żyłam na granicy jawy i snu. To było jak topienie się w mętniej wodzie - kiedy się zanurzałam wszystko było zniekształcone i głuche, ale raz na jakiś czas walczyłam by wypłynąć, by nabrać powietrza i choć zaczęły dochodzić do człowieka pewne bodźce, takie jak: światło, zapach, dźwięk, to wkrótce i tak schodziłam znowu na dno, w wir złudzeń. I tak wyglądała moja walka... ale nie musiałam wypływać na powierzchnię - nawet nie wiem czy chciałam. Podobało mi się tak jak było - wszechobecne cienie, nikły blask, niewielkie ślady dawnej przeszłości i wspomnień - ponieważ tak było łatwiej.
~*~
  - Wiesz za ile się obudzi? - usłyszałam zniekształcony głos, dochodzący jak zza ściany.
  - Nie jesteś jej rodziną, niestety nie mogę udzielić ci tej informacji. - odezwał się ktoś inny. Chyba kobieta.
  - Czy nie widzisz, że puki co to jestem tutaj jedyną żywą i sprawną osobą, którą obchodzi co się z nią dzieje?
  - Przykro mi. - nastała przerwa - Podobno można wzbudzić człowieka ze śpiączki, mówiąc do niego w sposób, którym  wymusi się pobudkę. Możesz spróbować, jeśli tak ci zależy.
  - Spróbuję, spróbuję. Muszę, jeśli to tylko pomoże. To moja wina. - poczułam palce zaciskające się na moich.
  - W takich sytuacjach, trudno doszukać się winy. Nie obwiniaj się. Nie żyjesz od wczoraj i zważywszy na twoją przyszłość to sam musiałeś to kiedyś powiedzieć.
  Zabrzmiał odgłos, który od biedy, można było wziąć za śmiech.
   - Masz rację. Ironia losy, nieprawdaż? Pewna osoba umiałaby to dobrze skomentować. - smutek który usłyszałam, przysłonił mój podwodny świat jak ciemna chmura.
~*~
  Chciałam przebywać w tym nieprawdziwym świcie całą wieczność, ale - jak zawsze - nie dostałam tego czego chciałam. Z tego momentu pamiętam tylko głośny chuk, a w następnym momencie już siedziałam. Poczułam ostre zawroty głowy. Kiedy jej dotknęłam, poczułam jeszcze większy ból w zgięciu łokcia. Przeklnęłam soczyście i spojrzałam na źródło bólu. 
  Co do cholery, robi tutaj wenflon?! Dopiero teraz rozejrzałam po otoczeniu. 
  Leżę w strasznie niewygodnym łóżku, a obok mam wielkie pikające ustrojstwo. Dwoje drzwi,  okno, krzesło,  mała szafeczka z szufladą, na niej bukiet kwiatów,  ohydne biało niebieskie ściany, a na jednej z nich lustro,  dokładnie na prze... Co to k**** ma być?!
  Patrzyłam prosto na siebie... chyba siebie. Jeśli to coś w lustrze było rzeczywiście mną. Było napuchnięte, całe w szwach, bandażach i siniakach. Spojrzałam jeszcze raz na swoje ręce,  ale kiedy się zgięłam szyję poczułam jeszcze większy ból.  
  Krzyknęłam.
  Nie musiałam czekać ani sekundy, by do pokoju wpadła pielęgniarka.
  - Boże! W końcu się obudziłaś. - powiedziałam dopadając do tego woreczka z płynem,  który ląduje w mojej krwi. - Zwiększam ci dawkę morfiny. - powiedziała majstrując przy tym czymś. Kiedy skończyła odwróciła się w moją stronę z uśmiechem.  - Leż i się nie ruszaj.  Idę po doktora. Lek za chwilę zacznie działać. 
  Po tych słowach wyszła. 
  Nie minęło pięć minut,  kiedy drzwi z powrotem się otworzyły, tym razem stał w nich starszy mężczyzna koło pięćdziesiątki - przedstawiał się jako doktor Hans Greene.
  - Nawet nie wiesz jak się ucieszono, kiedy oddział się dowiedział, że się obudziłaś, myśleliśmy, że będziesz spać...
  - Panie doktorze,  ile ja spałam?  - przerwałam mu.
  Spojrzał na mnie z zaciekawieniem, zanim w końcu odpowiedział.
  - Pięć dni.
  Ile?! Chciałam zapytać,  ale nie dałam rady, bo zakręciło mi się w głowie i zwymiotowałam.
  - Muszę cię przebadać. Mam nadzieję,  że nie masz nic przeciwko. 
  - Ależ oczywiście. - powiedziałam przez zaciśnięte gardło. 
  Przez następne pół godziny świecił mi lampką w oczy, zadawał różne pytania typu "Pamiętasz jak się nazywasz?", "Ile widzisz palców?", stukał młotkiem w moje biedne ciało i robił inne dziwne rzeczy, zapisując wyniki w jakimś notesie. Dowiedziałam się,  że mam liczne obrażenia, lecz "nic bardzo poważnego"... to pewnie dlatego wyglądałam jak potwór Frankensteina, przed ożywieniem.
  - A pamiętasz jak się tu znalazłaś? - zapytał posyłając mi zagadkowe pytanie. Musiałam się poważnie zastanowić.  To było jak chwytanie obłoku dymu kadzidełka - kiedy wydawało ci się,  że już go masz zaciskałaś dłoń,  a on rozpływał się i uciekał. 
  - Nie. - powiedziałam po długiej przerwie. 
  Jego wzrok przyćmił smutek. 
  - A co ostatnie pamiętasz?
  Znów zanurzyłam się w wspomnienia.
  - Kładłam się spać w domu wujka Noah.
  - Wujek Noah? - zainteresował się tym faktem.
  - Jest przyjacielem rodziny. - odpowiedziałam.
  - Mogła byś mi podać jego telefon?
  - Jasne. - kiedy lekarz go zanotował zapytałam:
  - Jak znalazłam się w szpitalu?
  Wyglądał na zagubionego. Nie wiem jak długo trwała cisza.
  - Eee... miałaś wypadek. - powiedział w końcu. Już miałam go zapytać jaki, kiedy zabrzmiał jego telefon.
 - Wybacz na chwilę. - odebrał z typowym "Halo?" i słuchał.  Kiedy się rozłączył wyglądał na zmartwionego.
  - Muszę iść, ale późnej przyjdzie do ciebie któraś z pielęgniarek. Do zobaczenia. 
  Po tych słowach wypadł na korytarz z prędkością tornada.
  Nie musiałam długo czekać. Po chwili drzwi się otworzyły i weszła przez nie ta sama pielęgniarka, którą zobaczyłam jako pierwszą po przebudzeniu.
  - Mam na nazwisko Loss i jestem twoją pielęgniarką. -  przedstawiła się, uśmiechając do mnie ciepło i poinformowała mnie: 
  - Za godzinę przyjdzie do ciebie pani psycholog.
  - Psycholog? - zapytałam zdenerwowana - Po co?
  Zawahała się, prawdopodobnie myśląc o tym jak mi coś powiedzieć.
  - Żeby z tobą porozmawiać o pewnych rzeczach. - było słychać wahanie i napięcie. - Mam ci podać leki, na sen żebyś trochę odpoczęła. 
  - Nie spałam właśnie pięć dni? - aha... uznajemy, że to całkiem normalne...
  - To zalecenie doktora - uśmiecha się przeprasząjaco, przez chwilę mi się wydaję, że widzę błysk... współczucia i żalu.
  Chcę zaprotestować, ale ona już wbiła mi już igłę w ramię.
  CHCĘ WIEDZIEĆ, CO SIĘ DO K***Y NĘDZY DZIEJE! chciałam krzyknąć, ale mój język był jak z waty.
  Poczułam jak woda, znów mnie zalewa, ciągnąc na ciemne dno. 
  Ale ja tylko chcę wiedzieć co się stało...
  Chcę wiedzieć...
  - Chcę wiedzieć...
  Chcę...
  - Przykro mi Anastazjo...
___________________________
Strasznie krótki, wiem :D 
Co sądzicie ? :) 
4 komy i jedziemy dalej ! :3
PS: Pamiętajcie, że można już hejtować moje wypociny z anonima xD
Tym razem dedykuje ten rozdział, także Calli, która cierpliwie czekała :*
nie zabijcie mnie za błędy... :C

środa, 2 lipca 2014

Rozdział 4

  -Naprawdę musimy już wracać do tego zakorkowanego, cholernego LA?! - pytałam bardzo zdenerwowana po tym, jak zaraz po zejściu do jadalni mama przekazała, że czas się pakować i wracać - Nawet nie byliśmy tu dnia!
  - Anastazjo. Tata dostał wezwanie w pracy i ma się tam wstawić jak najszybciej. - popatrzyła na mnie poirytowana kłótnią - Nie masz w tej chwili nic do gadania. Mam dość słuchania twoich ciągłych wrzasków. - Chyba zapomniałam dodać, że kłóciłyśmy się już od pół godziny.
  - Ale to nie fair! Miałam iść dzisiaj z Michaelem i Madison - którzy uciekli jak tylko zauważyli, że cokolwiek powiedzą to i tak nic nie wskórają - na grilla z ich znajomymi! Nie byliśmy tu nawet dwudziestu czterech godzin!
  - Ale to nie od nas zależy. - powiedziała twardo - A jeśli zaraz nie pójdziesz się spakować to zabieram ci motor i prędzej ci skrzydła wyrosną, niż dotkniesz broni.
  - Muszę ci mówić, że to nie sprawiedliwe, czy do cholery, jako "wzorowa" matka sama zauważyłaś?
  - Nie mów tak przymnie i albo się ruszysz z miejsca, albo twój motor będzie sprzedany. - Nie... chyba tego nie powiedziała! A może? Przegięła.
Naplułam jej pod nogi, powiedziałam "chrzań się" i poszłam do pokoju Madison, w którym obecnie urzędowała razem ze mną. W furii wrzucałam swoje rzeczy do plecaka by po chwili zejść na dół gdzie czekał na mnie tata i rodzina wujka Noah. Po kolei się ze wszystkimi żegnałam, podczas kiedy tata patrzył na mnie z naganą. Ups...
Na końcu przytulił mnie Michael. Nie trwała to trochę zbyt długo? Rozumiem, że dopiero najszybciej za rok się zobaczymy, ale ile można?
- Wracaj szybko Jerry. - powiedział wujek klepiąc tatę po plecach.
Tata coś odpowiedział, ale nie dosłyszałam tego bo byłam już przy aucie. Usiadłam na tylne siedzenie, obrzucając mamę na fotelu kierowcy, tylko małym spojrzeniem. Wyglądała marnie... pojawiły się małe wyrzuty sumienia. Otwierałam już usta, żeby przeprosić, kiedy na mnie spojrzała.
  - Nie odzywaj się w tej chwili do mnie. - powiedziała ostro.
  Cóż... małe wyrzuty ledwie przekroczyły próg mojego umysłu, ale przypomniały sobie, że mają ważniejsze rzeczy do zrobienia i zwróciły. Zdarza się.
  Tata wsiadł do auta, a mama ruszyła. Patrzyłam na machającą nam rodzinę. Szkoda, że musieliśmy tak wcześnie wracać. A to wszystko przez nich.
  Droga upływała nam w tempie takim, że ślimak to przy niej Formuła 1, a cisza panującą od godziny, jeszcze potęgowała ten efekt. Kiedy już nie mogłam wytrzymać, sięgnęłam po telefon, żeby posłuchać mojej kochanej skrzypaczki, ale powstrzymał mnie głos mamy.
  - Nie możesz się tak zachowywać. - zwróciła się do mnie -  Wiesz, że daleko tak nie zajdziesz, a i tak jesteś uparcie przekanana we własnej krzywdzie.
  - Tak. Bo zmienianie cudzych planów jast w porządku. Prawda? - powiedziałam z kpiącym uśmieszkiem.
  - Casami trzeba.
  Nie wiem co mnie pokusiło, ale musiałam to powiedzieć.
 - Okłamywanie też jest okey?! - nie chciała mówić dalej, ale mimo to nie mogłam przestać - To może powiesz nam wszystkim kto to jest Meliorn?!
  Rodzice popatrzyli zszokowani na mnie odwracając wzrok od drogi.
   - Skąd wiesz?! - zapytała ostro w tym samym momencie, kiedy tata zwrócił się do niej:
   - O czym ona mówi?
  Poczułam lekki triumf i dla podkreślenia następnych słów pochyliłam się z fotela. 
   - Nie mówiła ci tato? Nie mówiła ci, że raz w miesiącu w parku spotykała się z tym gościem?
   - Ani słowa dalej! - ostrzegła mnie wybijając wzrok we mnie jak igły w akupunkturze.
    - Bo? - przewróciłam oczami i spojrzałam na jezdnie. Ktoś, a raczej coś tam stało. Na prost przed nami. Krzyknęłam i pokazałam na to ręką - UWAŻAJ!
   Rodzice się odwrócili... i wtedy rozpętało się piekło.
   Mama krzyknęła. Wjechaliśmy w to coś. Na przedniej szybie rozprysły się kości, roztrzaskując ją. Próby odzyskania panowania nad autem.  Moja matka, wrzeszcząca o tym, że hamulec nie działa. Świat zawirował. Poczułam szarpnięcie, a następnie przeszywający ból. Wszystko latało. Zaczęło robić się coraz ciemniej, aż w końcu całkiem  pochłonęła mnie nicość.
 ~*~
Krzyk sprawił, że na chwilę wypłynęłam na powierzchnię. Ból pozbawił mnie zdolności widzenia. Podniosłam rękę do źródła i poczułam pod palcami coś ciepłego. Świat pogrążył się w ciszy.
~*~
Otwieram oczy i widzę nad sobą twarz. Nie rozpoznaje jej. Usta się otwierają, ale sens słów, które z nicb wylatują, nie dochodzą do mnie. Odwracam głowę i widzę rękę z obrączką wystającą z czegoś czarnego. Czuję,że chcę powiedzieć "nie", ale nie wiem czy mi się udaję, bo znów tracę ostrość świata.
~*~
Słyszę miarowe pikanie, ale nie wiem z czego dochodzi. Nie otwieram oczu - nie chcę tego robić. Jestem za słaba. 
Czuję coś ciepłego na swojej ręce i słyszę jak ktoś szepcze. Trochę zajmuję zanim dostrajam się na rozumienie słów.
  - Rozumiem, ale ile masz zamiar tu siedzieć? - powiedział głos, którego nie kojarzę.
  - Dopóki się nie obudzi. To moja wina. - ten drugi głos był bliżej mnie. Brzmiał znajomo, jak... nie mogłam sobie przypomnieć. 
  Nawet jeśli była odpowiedź to już jej nie usłyszałam.
------------------------------------------------
HAHAHA... jak Wam się podobało to krótkie cóś? 3:)
Dowidziałam się od żony, że jestem brutalna... nie wiem o co jej chodziło xD
Jak zawszę dziękuję mej Czarnej :)
Sorki, że tak długo... ale szkoła była, a potem depresja... ;___;
3 kom i piszę dalej :D
+ można już komentować z anonima jeśli nie ma się konta :D