playlist

piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział 6

  Otworzyłam nagle oczy.
   Co to było? Obejrzałam się, szukając tego co mnie obudziło - nic. Byłam sama w pokoju... w szpitalu.
Za drzwiami rozległo się pukanie, a następnie weszła przez nie młoda kobieta. Przyjrzałam się jej dokładnie.
 Blond włosy związane w kucyk, niebieskie oczy i blada cera... niby normalnie, ale cały czas mi coś przeszkadzało: obraz jej wyglądał jakby nałożono na nią coś migotliwego, a kiedy przyjrzałam się jeszcze uważniej wszystko było w porządku. Chyba za mocno dostałam w głowie.
  - O wstałaś już... - pani Loss uśmiechnęła się blado. Podała mi jakieś pojemniczek z kolorowymi tabletkami i plastikowy kubek z wodą. - Połknij to. Do pięciu minut przyjdzie psycholog.
 - A kiedy dowiem się co z moją mamą i tatą? - zignorowałam jej prośbę, wyobrażając sobie zmartwione twarze rodziców.
 - Jak już psycholog przyjdzie. A teraz to zażyj.
   Popatrzyłam podejrzliwie na lekarstwa i skrzyżowałam ramiona na piersi.
  - Co to jest? - mój głos aż ociekał podejrzliwością.
  - Lek na uspokojenie.
  - Nie potrzebuję go. Nie trzeba mnie faszerować psychotropami na zwykłą rozmowę. Jeśli każdy by brał takie prochy przed jakimkolwiek dialogiem prawdopodobnie, firmy farmaceutyczne nie nadążyłyby się z produkcją.
  - Niektóre rzeczy lepiej przeżyć na haju po lekach. - Nie wierzę! Czy pielęgniarka właśnie powiedziała "haj"? - Weźmiesz?
  - Okey... - połknęłam proszki, obserwując uśmiechniętą pielęgniarkę.
  - Jak się czujesz? - zapytała z troską.
  - Puki co bez zmian.
  - Nie pytam się o efekt leków, bo jeszcze nie działają. Pytam się jak się  c z u j e s z, jakie są twoje uczucia?
  - O tym nie przyjdzie porozmawiać ze mną inny lekarz? - zapytałam podejrzliwie i jak na zawołanie ktoś zapukał.
  Catarina zerwała się, by otworzyć drzwi i przepuścić stojącą za nimi postać.
 O JA PIE*DOLE... SERIO?!
 Brunetką, która przeszła przez drzwi była ubrana w jeansy i bluzkę od projektanta, była nikim innym, jak byłą Jema. Hip, Hip, hura! Co gorszego może mi się jeszcze przydarzyć? Może moja ulubiona skrzypaczka skończy pod samochodem, rozpłaszczona jak jednowarstwowy papier toaletowy?
  - Dzień dobry. Nazywam się Theresa Grey.- Chyba jest Brytyjką, ale zanikł jej odrobinę akcent. Ciekawe, czy Jem też jest z Zjednoczonego Królestwa, jakoś nie zwróciłam na to uwagi. Spytam go o to jeśli kiedyś go spotkam. Ale najpierw musiałam zająć się czymś innym.
  - Co z moją rodziną? - pytam, bez żadnych ceregieli, a ona zatrzymała się w pół kroku. - Miałam poczekać na psychologa, by się dowiedzieć i tak zrobiłam. Ja dotrzymałam swojej części umowy, więc powie mi ktoś w końcu co za szopkę się tu odstawia?
  - Nie powiedziałaś jej? - zapytała moją pielęgniarkę, zdezorientowana.
  - Czekałam na ciebie...
  - A ja czekam na wyjaśnienia. - Może niegrzecznie tak przerywać, ale w końcu to ja jestem ta poszkodowana i to dosłownie, bo wyglądam jakby tir po mnie przejechał... dwa razy.
   - Chodzi o to, że twój wypadek - Powiedziała pani Loss -  był samochodowy.
   Czy ja coś nie wspominałam o ciężarówce, przed chwilą?
  - Potrąciło mnie auto? - spytałam zdziwiona, a odpowiedziała mi Pani Mam-W-Dupie-Czego-Chce-Mój-Chłopak-I-Że-Nadal-Mnie-Kocha-Nad-Życie-Więc-Go-Porzucam.
  - Nie, Anastazjo... Ty byłaś w tym aucie. Jechaliście z rodzicami do domu i auto się przewróciło...
  - Jak?! - przerwałam spanikowana, bo moje leki najwyraźniej jeszcze działać -  Co  z nimi?!
  - Twój tata jest w bardzo ciężkim stanie, a twojej mamie...
  - Jak ciężkim?! BOŻE, CO Z MAMĄ?! - czułam, że zaczynam histeryzować i tylko niewielka ściana powstrzymywała mnie przed rozpłakaniem cię.
  - Niestety nie udało się jej przeżyć. - powiedziała cichutko.
  Nastała cisza, której każda sekunda działa jak kilof uderzający w tamę. Nawet nie zauważyłam kiedy zaczęła pękać. Słyszałam jak tyka zegarek.
PIĘĆ.
  - Nie... nie... to nie prawda... - mówiłam - to nie możliwe... pamiętałabym... nie mogłam... jak... o Boże. 
CZTERY.
  - Przykro mi. - poczułam na swoim ramieniu dłoń Theresy.
TRZY.
  - Nie! Nie... to nie tak... na pewno!
DWA.
  - Wiem jak się czujesz.
J E D E N.
  - NIE! - chyba czymś rzuciłam o ścianę, pamiętam trzask rozbitego szkła. - NIE! KŁAMIESZ! CHCESZ ŻEBY LUDZIE CIERPIELI! WŁAŚNIE DLATEGO GO ZOSTAWIŁAŚ!
  Brunetka stała i patrzyła się na mnie szeroko otwartymi oczami, pełnymi zdziwienia, a blondynka obok z lekkim przerażeniem, zmieszanym z toną współczuciem i  lekką dezorientacją.
  - Spokojnie... Oddychaj, tylko powoli... - Catarina próbowała mnie opanować, ale coś jej nie szło.
  - NIE BĘDĘ SPOKOJNA! Chcę zobaczyć mamę! Albo tatę. - z każdym słowem energia mnie opuszczała - Proszę...  - głos mi się załamał i poleciała pierwsza łza. - Chcę ich zobaczyć... Kogokolwiek. Proszę...
  Nawet nie starałam się wstrzymywać łez. Wylewały się we mnie rzekami, a ja nie mogłam wydusić z siebie nawet słowo, bo gardło ścisnął mi ból, choć w środku była pustka, pożerająca mnie tak jak pasożyt, karmiący się moją rozpaczą. Kiedy urośnie za bardzo zniszczy mnie, moja skorupa popęka w drobny mak... a on pochłonie całą planetę jak cień. Kiedy czuję, że zaraz pożre mnie całą w mojej głowię rozlega się jak echo dawno słyszanej muzyki cichy, znajomy głos...
  To moja wina.
  I tylko on trzyma mnie ledwo na powierzchni świadomości.
  Ale na jak długo? 
 Nie znałam odpowiedzi na to pytanie.
  ------------------------------------------
Z dedykacją dla pewnego anonimka, któremu bardzo zależało na kontynuacji :D
Wybacz, że musiałeś/aś tyle czekać, ale był przytyk w pisaniu i był cud jeśli napisałam choć zdanie. 
Mam nadzieję, że może tyle być :c
Następnym razem postaram się więcej napisać ! :D
Wybaczcie błędu, no ale 1 w nocy robi swoje xD


I WAŻNIE OGŁOSZENIE!
Na najbliższych dniach (max. 10 xD) będzie można "Skrzypce Łowcy" czytać, też na Wattpadzie ;)
Tak, tak... postęp :3
A póki co, można tam przeczytać opowiadanie "List" (które przerodzi się w książkę, jak przegram zakład), oraz "Wizje Śmierci"... moje "najnowsze" dzieło :3
link ----> http://www.wattpad.com/user/paledreamer
Miłego czytania ! :D

wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział 5

  Żyłam na granicy jawy i snu. To było jak topienie się w mętniej wodzie - kiedy się zanurzałam wszystko było zniekształcone i głuche, ale raz na jakiś czas walczyłam by wypłynąć, by nabrać powietrza i choć zaczęły dochodzić do człowieka pewne bodźce, takie jak: światło, zapach, dźwięk, to wkrótce i tak schodziłam znowu na dno, w wir złudzeń. I tak wyglądała moja walka... ale nie musiałam wypływać na powierzchnię - nawet nie wiem czy chciałam. Podobało mi się tak jak było - wszechobecne cienie, nikły blask, niewielkie ślady dawnej przeszłości i wspomnień - ponieważ tak było łatwiej.
~*~
  - Wiesz za ile się obudzi? - usłyszałam zniekształcony głos, dochodzący jak zza ściany.
  - Nie jesteś jej rodziną, niestety nie mogę udzielić ci tej informacji. - odezwał się ktoś inny. Chyba kobieta.
  - Czy nie widzisz, że puki co to jestem tutaj jedyną żywą i sprawną osobą, którą obchodzi co się z nią dzieje?
  - Przykro mi. - nastała przerwa - Podobno można wzbudzić człowieka ze śpiączki, mówiąc do niego w sposób, którym  wymusi się pobudkę. Możesz spróbować, jeśli tak ci zależy.
  - Spróbuję, spróbuję. Muszę, jeśli to tylko pomoże. To moja wina. - poczułam palce zaciskające się na moich.
  - W takich sytuacjach, trudno doszukać się winy. Nie obwiniaj się. Nie żyjesz od wczoraj i zważywszy na twoją przyszłość to sam musiałeś to kiedyś powiedzieć.
  Zabrzmiał odgłos, który od biedy, można było wziąć za śmiech.
   - Masz rację. Ironia losy, nieprawdaż? Pewna osoba umiałaby to dobrze skomentować. - smutek który usłyszałam, przysłonił mój podwodny świat jak ciemna chmura.
~*~
  Chciałam przebywać w tym nieprawdziwym świcie całą wieczność, ale - jak zawsze - nie dostałam tego czego chciałam. Z tego momentu pamiętam tylko głośny chuk, a w następnym momencie już siedziałam. Poczułam ostre zawroty głowy. Kiedy jej dotknęłam, poczułam jeszcze większy ból w zgięciu łokcia. Przeklnęłam soczyście i spojrzałam na źródło bólu. 
  Co do cholery, robi tutaj wenflon?! Dopiero teraz rozejrzałam po otoczeniu. 
  Leżę w strasznie niewygodnym łóżku, a obok mam wielkie pikające ustrojstwo. Dwoje drzwi,  okno, krzesło,  mała szafeczka z szufladą, na niej bukiet kwiatów,  ohydne biało niebieskie ściany, a na jednej z nich lustro,  dokładnie na prze... Co to k**** ma być?!
  Patrzyłam prosto na siebie... chyba siebie. Jeśli to coś w lustrze było rzeczywiście mną. Było napuchnięte, całe w szwach, bandażach i siniakach. Spojrzałam jeszcze raz na swoje ręce,  ale kiedy się zgięłam szyję poczułam jeszcze większy ból.  
  Krzyknęłam.
  Nie musiałam czekać ani sekundy, by do pokoju wpadła pielęgniarka.
  - Boże! W końcu się obudziłaś. - powiedziałam dopadając do tego woreczka z płynem,  który ląduje w mojej krwi. - Zwiększam ci dawkę morfiny. - powiedziała majstrując przy tym czymś. Kiedy skończyła odwróciła się w moją stronę z uśmiechem.  - Leż i się nie ruszaj.  Idę po doktora. Lek za chwilę zacznie działać. 
  Po tych słowach wyszła. 
  Nie minęło pięć minut,  kiedy drzwi z powrotem się otworzyły, tym razem stał w nich starszy mężczyzna koło pięćdziesiątki - przedstawiał się jako doktor Hans Greene.
  - Nawet nie wiesz jak się ucieszono, kiedy oddział się dowiedział, że się obudziłaś, myśleliśmy, że będziesz spać...
  - Panie doktorze,  ile ja spałam?  - przerwałam mu.
  Spojrzał na mnie z zaciekawieniem, zanim w końcu odpowiedział.
  - Pięć dni.
  Ile?! Chciałam zapytać,  ale nie dałam rady, bo zakręciło mi się w głowie i zwymiotowałam.
  - Muszę cię przebadać. Mam nadzieję,  że nie masz nic przeciwko. 
  - Ależ oczywiście. - powiedziałam przez zaciśnięte gardło. 
  Przez następne pół godziny świecił mi lampką w oczy, zadawał różne pytania typu "Pamiętasz jak się nazywasz?", "Ile widzisz palców?", stukał młotkiem w moje biedne ciało i robił inne dziwne rzeczy, zapisując wyniki w jakimś notesie. Dowiedziałam się,  że mam liczne obrażenia, lecz "nic bardzo poważnego"... to pewnie dlatego wyglądałam jak potwór Frankensteina, przed ożywieniem.
  - A pamiętasz jak się tu znalazłaś? - zapytał posyłając mi zagadkowe pytanie. Musiałam się poważnie zastanowić.  To było jak chwytanie obłoku dymu kadzidełka - kiedy wydawało ci się,  że już go masz zaciskałaś dłoń,  a on rozpływał się i uciekał. 
  - Nie. - powiedziałam po długiej przerwie. 
  Jego wzrok przyćmił smutek. 
  - A co ostatnie pamiętasz?
  Znów zanurzyłam się w wspomnienia.
  - Kładłam się spać w domu wujka Noah.
  - Wujek Noah? - zainteresował się tym faktem.
  - Jest przyjacielem rodziny. - odpowiedziałam.
  - Mogła byś mi podać jego telefon?
  - Jasne. - kiedy lekarz go zanotował zapytałam:
  - Jak znalazłam się w szpitalu?
  Wyglądał na zagubionego. Nie wiem jak długo trwała cisza.
  - Eee... miałaś wypadek. - powiedział w końcu. Już miałam go zapytać jaki, kiedy zabrzmiał jego telefon.
 - Wybacz na chwilę. - odebrał z typowym "Halo?" i słuchał.  Kiedy się rozłączył wyglądał na zmartwionego.
  - Muszę iść, ale późnej przyjdzie do ciebie któraś z pielęgniarek. Do zobaczenia. 
  Po tych słowach wypadł na korytarz z prędkością tornada.
  Nie musiałam długo czekać. Po chwili drzwi się otworzyły i weszła przez nie ta sama pielęgniarka, którą zobaczyłam jako pierwszą po przebudzeniu.
  - Mam na nazwisko Loss i jestem twoją pielęgniarką. -  przedstawiła się, uśmiechając do mnie ciepło i poinformowała mnie: 
  - Za godzinę przyjdzie do ciebie pani psycholog.
  - Psycholog? - zapytałam zdenerwowana - Po co?
  Zawahała się, prawdopodobnie myśląc o tym jak mi coś powiedzieć.
  - Żeby z tobą porozmawiać o pewnych rzeczach. - było słychać wahanie i napięcie. - Mam ci podać leki, na sen żebyś trochę odpoczęła. 
  - Nie spałam właśnie pięć dni? - aha... uznajemy, że to całkiem normalne...
  - To zalecenie doktora - uśmiecha się przeprasząjaco, przez chwilę mi się wydaję, że widzę błysk... współczucia i żalu.
  Chcę zaprotestować, ale ona już wbiła mi już igłę w ramię.
  CHCĘ WIEDZIEĆ, CO SIĘ DO K***Y NĘDZY DZIEJE! chciałam krzyknąć, ale mój język był jak z waty.
  Poczułam jak woda, znów mnie zalewa, ciągnąc na ciemne dno. 
  Ale ja tylko chcę wiedzieć co się stało...
  Chcę wiedzieć...
  - Chcę wiedzieć...
  Chcę...
  - Przykro mi Anastazjo...
___________________________
Strasznie krótki, wiem :D 
Co sądzicie ? :) 
4 komy i jedziemy dalej ! :3
PS: Pamiętajcie, że można już hejtować moje wypociny z anonima xD
Tym razem dedykuje ten rozdział, także Calli, która cierpliwie czekała :*
nie zabijcie mnie za błędy... :C

środa, 2 lipca 2014

Rozdział 4

  -Naprawdę musimy już wracać do tego zakorkowanego, cholernego LA?! - pytałam bardzo zdenerwowana po tym, jak zaraz po zejściu do jadalni mama przekazała, że czas się pakować i wracać - Nawet nie byliśmy tu dnia!
  - Anastazjo. Tata dostał wezwanie w pracy i ma się tam wstawić jak najszybciej. - popatrzyła na mnie poirytowana kłótnią - Nie masz w tej chwili nic do gadania. Mam dość słuchania twoich ciągłych wrzasków. - Chyba zapomniałam dodać, że kłóciłyśmy się już od pół godziny.
  - Ale to nie fair! Miałam iść dzisiaj z Michaelem i Madison - którzy uciekli jak tylko zauważyli, że cokolwiek powiedzą to i tak nic nie wskórają - na grilla z ich znajomymi! Nie byliśmy tu nawet dwudziestu czterech godzin!
  - Ale to nie od nas zależy. - powiedziała twardo - A jeśli zaraz nie pójdziesz się spakować to zabieram ci motor i prędzej ci skrzydła wyrosną, niż dotkniesz broni.
  - Muszę ci mówić, że to nie sprawiedliwe, czy do cholery, jako "wzorowa" matka sama zauważyłaś?
  - Nie mów tak przymnie i albo się ruszysz z miejsca, albo twój motor będzie sprzedany. - Nie... chyba tego nie powiedziała! A może? Przegięła.
Naplułam jej pod nogi, powiedziałam "chrzań się" i poszłam do pokoju Madison, w którym obecnie urzędowała razem ze mną. W furii wrzucałam swoje rzeczy do plecaka by po chwili zejść na dół gdzie czekał na mnie tata i rodzina wujka Noah. Po kolei się ze wszystkimi żegnałam, podczas kiedy tata patrzył na mnie z naganą. Ups...
Na końcu przytulił mnie Michael. Nie trwała to trochę zbyt długo? Rozumiem, że dopiero najszybciej za rok się zobaczymy, ale ile można?
- Wracaj szybko Jerry. - powiedział wujek klepiąc tatę po plecach.
Tata coś odpowiedział, ale nie dosłyszałam tego bo byłam już przy aucie. Usiadłam na tylne siedzenie, obrzucając mamę na fotelu kierowcy, tylko małym spojrzeniem. Wyglądała marnie... pojawiły się małe wyrzuty sumienia. Otwierałam już usta, żeby przeprosić, kiedy na mnie spojrzała.
  - Nie odzywaj się w tej chwili do mnie. - powiedziała ostro.
  Cóż... małe wyrzuty ledwie przekroczyły próg mojego umysłu, ale przypomniały sobie, że mają ważniejsze rzeczy do zrobienia i zwróciły. Zdarza się.
  Tata wsiadł do auta, a mama ruszyła. Patrzyłam na machającą nam rodzinę. Szkoda, że musieliśmy tak wcześnie wracać. A to wszystko przez nich.
  Droga upływała nam w tempie takim, że ślimak to przy niej Formuła 1, a cisza panującą od godziny, jeszcze potęgowała ten efekt. Kiedy już nie mogłam wytrzymać, sięgnęłam po telefon, żeby posłuchać mojej kochanej skrzypaczki, ale powstrzymał mnie głos mamy.
  - Nie możesz się tak zachowywać. - zwróciła się do mnie -  Wiesz, że daleko tak nie zajdziesz, a i tak jesteś uparcie przekanana we własnej krzywdzie.
  - Tak. Bo zmienianie cudzych planów jast w porządku. Prawda? - powiedziałam z kpiącym uśmieszkiem.
  - Casami trzeba.
  Nie wiem co mnie pokusiło, ale musiałam to powiedzieć.
 - Okłamywanie też jest okey?! - nie chciała mówić dalej, ale mimo to nie mogłam przestać - To może powiesz nam wszystkim kto to jest Meliorn?!
  Rodzice popatrzyli zszokowani na mnie odwracając wzrok od drogi.
   - Skąd wiesz?! - zapytała ostro w tym samym momencie, kiedy tata zwrócił się do niej:
   - O czym ona mówi?
  Poczułam lekki triumf i dla podkreślenia następnych słów pochyliłam się z fotela. 
   - Nie mówiła ci tato? Nie mówiła ci, że raz w miesiącu w parku spotykała się z tym gościem?
   - Ani słowa dalej! - ostrzegła mnie wybijając wzrok we mnie jak igły w akupunkturze.
    - Bo? - przewróciłam oczami i spojrzałam na jezdnie. Ktoś, a raczej coś tam stało. Na prost przed nami. Krzyknęłam i pokazałam na to ręką - UWAŻAJ!
   Rodzice się odwrócili... i wtedy rozpętało się piekło.
   Mama krzyknęła. Wjechaliśmy w to coś. Na przedniej szybie rozprysły się kości, roztrzaskując ją. Próby odzyskania panowania nad autem.  Moja matka, wrzeszcząca o tym, że hamulec nie działa. Świat zawirował. Poczułam szarpnięcie, a następnie przeszywający ból. Wszystko latało. Zaczęło robić się coraz ciemniej, aż w końcu całkiem  pochłonęła mnie nicość.
 ~*~
Krzyk sprawił, że na chwilę wypłynęłam na powierzchnię. Ból pozbawił mnie zdolności widzenia. Podniosłam rękę do źródła i poczułam pod palcami coś ciepłego. Świat pogrążył się w ciszy.
~*~
Otwieram oczy i widzę nad sobą twarz. Nie rozpoznaje jej. Usta się otwierają, ale sens słów, które z nicb wylatują, nie dochodzą do mnie. Odwracam głowę i widzę rękę z obrączką wystającą z czegoś czarnego. Czuję,że chcę powiedzieć "nie", ale nie wiem czy mi się udaję, bo znów tracę ostrość świata.
~*~
Słyszę miarowe pikanie, ale nie wiem z czego dochodzi. Nie otwieram oczu - nie chcę tego robić. Jestem za słaba. 
Czuję coś ciepłego na swojej ręce i słyszę jak ktoś szepcze. Trochę zajmuję zanim dostrajam się na rozumienie słów.
  - Rozumiem, ale ile masz zamiar tu siedzieć? - powiedział głos, którego nie kojarzę.
  - Dopóki się nie obudzi. To moja wina. - ten drugi głos był bliżej mnie. Brzmiał znajomo, jak... nie mogłam sobie przypomnieć. 
  Nawet jeśli była odpowiedź to już jej nie usłyszałam.
------------------------------------------------
HAHAHA... jak Wam się podobało to krótkie cóś? 3:)
Dowidziałam się od żony, że jestem brutalna... nie wiem o co jej chodziło xD
Jak zawszę dziękuję mej Czarnej :)
Sorki, że tak długo... ale szkoła była, a potem depresja... ;___;
3 kom i piszę dalej :D
+ można już komentować z anonima jeśli nie ma się konta :D

środa, 11 czerwca 2014

Rozdział 3

  Cienie poruszały się gwałtownie po ciemnym, szarym niebie. On stał w centrum świata. Czarna krew lała się rzekami. Toksyczna krew demonów. Krzyki. Wycie. Wszystko zlewało się w jedno. A on tam stał i walczył ze złem,  posyłając śmierć wrogom. Obróciłam się i zobaczyłam ich. Rodzice w łapach potworów, które pochłaniały moich najbliższych. Krzyczałam bezradna, a wojownik się obrócił. Na jego twarzy tańczył ból. Był cały we krwii. . . swojej własnej.  Patrzyłam jak pada na kolana, a zaraz potem nieruchomieje martwy, jak moi rodzice.
  Obudziłam się z krzykiem.
  Znowu to samo. . . Krew, demony, śmierć.
  Od dwóch miesięcy mam ten sam sen, bez żadnych zmian. Za każdym razem muszę patrzeć, jak moich najbliższych pochłaniają te bestie. Boże... ta cała sytuacja z demonem zniszczyła mi psychikę.
  Starałam się uspokoić serce, ale w rodzice - głównie mama - wparowali do mojego pokoju z szybkością godną superbohatera, a drzwi otwarły się z takim hukiem, że aż prawię dostałam palpitacji. Moja rodzicielka w sekundę znalazła się przy łóżku tuląc mnie, a tata jak zwykle schował się za nią, czule mi się przyglądając.
  - Anastazja, co się stał? Czemu płaczesz? - spytała mama, a ja dopiero w tej chwili zauważyłam, że zanoszę się szloszem - Usłyszeliśmy krzyk, więc przybiegliśmy najszybciej jak się dało! Coś cię przeraziło? Miałaś zły sen?
  Z trudem kiwnęłam głową. Cały czas przed oczami przesuwały mi się obrazy ze snu. Mama kołysała się ze mną w tył i przód, a ja powoli zaczynałam się uspokajać.
  Wdech. Wydech. Wdech. Wydech... spokojnie.
  Kiedy już się opanowałam, mama uśmiechnęła się zatroskana.
  - Już dobrze, Anastazjo? - tata odezwał się po raz pierwszy tego dnia.
  - Tak. Dzięki. - odpowiedziałam słabo. 
  Mama pogłaskała mnie po turkusowych włosach. 
  - Będziemy z tatą w kuchni. Zrobić ci coś specjalnego na śniadanie? 
  - Wszystko dozwolone?  - zapytałam, a ona pokiwała głową. 
  Mimo woli na moich ustach pojawił się uśmiech.  Moja rodzicielka wyznawała zasadę "jedzenie na wszystko" i właśnie to mi było potrzebne. 
  - W takim razie proszę o wielką porcję naleśników z lodami. Proszęęę...
  - Eh... to wykorzystanie sytuacji. - powiedziała  karcąco, ale nadal z uśmiechem na ustach. 
  Kiedy wyszli, położyłam się na chwilę przy moich ukochanych utworach Lindsey Stirling. Podniosłam się po kilku minutach i zaczęłam się zbierać z dźwiękami Transcendance w tle.  Wygrzebałam z szafy czarne spodenki z ćwiekami, biały top i czerwono-czarną koszulę w kratę, zrobiłam standardowy makijaż, wyprostowałam i bardzo lekko natapirowałam włosy dla odmiany. Kiedy założyłam moje kochane, wiecznie cudowne trampki i stwierdziłam, że wyglądam ludzko... na tyle ile mogę, oczywiście. 
  W stole w jadalni czekał na mnie już talerz z masą słodkości, a w kuchni parzyła kawę nucąc swoją melodię - nie wiem skąd ją znała, ale było w niej coś hipnotycznego i nieraz ja też ją cicho podśpiewywałam.
  - Chcesz też? - zapytała kiedy weszłam.
  - Tak. Poproszę.  Mleko i dwie łyżeczki cukru. - skinieniem głowy, potwierdziła, że rozumie, a ja chwyciłam moje śniadanie i wyszłam z nim na taras, by zjeść patrząc słońce wschodzące nad Los Angeles.
  Nie wierzę, że wstałam przed świtem... przynajmniej mam naleśniki i lody. Zawsze to lepsze od kanapek z dżemem truskawkowym. . . Jem... krew... I znowu zaczęłam myśleć o koszmarze. A niech to! Momentalnie przeszła mi ochota na jedzenie.
  Przez kilka minut niechętnie patrzyłam na zawartość mojego talerza,  ale apetyt wziął górę. No bo kto by odmówił pysznym naleśnikom mojej mamy i lodom - co prawda trochę roztopionym, ale wciąż lodom?
   Kiedy skończyłam i zanosiłam talerz, mama się uśmiechnęła do mnie szeroko,  a tata chował się za kubkiem z kawy. 
  Oo... coś się dzieje. pomyślałam, a mama sekundę później oznajmiła z ekscytacją:
  - Mamy plan na dziś. Otóż... - miałam nadzieję, że to nie zakupy - jedziemy dzisiaj na do wujka Noah na farmę!
  - Serio?! - zaczęłam się uśmiechać tak szeroko,  że jeszcze trochę,  a twarz chyba pękłaby mi. 
   Wujek Noah, był w wieku dinozaura i nie byliśmy spokrewnieni nawet w najmniejszym stopniu, ale bardzo go lubiłam. Mieszka z wnukami w plus/minus moim wieku, córką Natalie, i żoną Caroline na wsi o nazwie,  której za nic nie umiałam wymówić mimo nauki angielskiego w Polsce i tu. Był miły i jak byłam mała zawsze dawał mi moje ulubione cukierki. Może tym razem też mi da?
  - Wracamy jutro wieczorem. Spakujesz się do godziny?- zapytał mnie tata, a ja w odpowiedzi kiwnęłam głową i wyleciałam do pokoju z szybkością, godną niejednego biegacza olimpijskiego. Bagaż miałam pełny już pary minutach, włożyłam tam wszystko co najważniejsze: ubrania i bieliznę na zmianę, piżamę, szczotki do włosów i zębów. 
  Chyba to wszystko - pomyślałam oceniając mój skromny bagaż. 
~*~
Po trzech godzinach jazdy samochodem w upale Kalifornii - podczas której mój sen trafił do zakamarków umysłu, tak jak każdego dnia przez ostatnie tygodnie - tata zaparkował auto pod żółtym domem z czarwonym dachem. Jak okiem sięgnąć z każdej strony ciągnął się gesty las, wiedziałam także,  że jeśli pójdzie się trochę dalej, to dojdzie się do niewielkiego, zapuszczonego jeziorka. Jak byłam mała pływałam w nim, ale wtedy mogłam taplać się we wszystkim. Koło domu na drzewie wisiała huśtawka, którą Noah zawiesił dla mnie i jego wnucząt jak miałam cztery lata, obecnie na niej huśtała się córka Natalie - Madison, a obok oparty o pień siedział i rozmawiał z nią, jej starszy brat, Michael.
  Michale był tak przystojny, jak jego Madison ładna... czyli  b a r d z o. Oboje mieli czarne włosy, fiołkowe oczy i bladą cerę, prawie w takim samym stopniu jak moja. Wnuk wujka Noah miał dwadzieścia lat, a jego siostra osiemnaście.
  - Hej wszystkim. - powiedziałam jak wysiadłam, a obie pary oczy zwróciły się w moją stronę. Rodzeństwo mnie chyba nie rozpoznało... ale co się dziwić skoro jak widzieli mnie po raz ostatni - dziesięć lat temu - wyglądałam normalnie. Podskoczyłam kiedy drzwi domu otwarły się z hukiem, a ze środka wyszedł starszy mężczyzna, a za nim jego żona i córka.
  - Jerry! Amy! Anastazja! Jak miło was widzieć!  - przywitał się wujek Noah szybko przemierzając drogę dzielącą dom od nas i ściskając tak, że płuca wyły o tlen. Przy mnie na koniec cofnął się odrobinę oceniając mnie z serdecznym uśmiechem - Hm... mała zmiana stylu?
  - Tak jakby wujku. - odwzajemniłam uśmiech.
  Później wyściskałam się z resztą rodziny. Michael patrzył na mnie dość... dziwnie, a Madison od razu zaczęła nawijać o tym jak się zmieniłam. To ona zawsze tyle gadała?
  Kiedy już, się rozpakowałam w pokoju, który miałam dzielić z wnuczką wujka, przyszedł do mnie Michael z szerokim uśmiechem.
  - Hej, chcesz iść za chwilę ze mną i z Mad nad jezioro? To za domem, pamiętasz je?
  - Pamiętam. Jasne, czemu nie? - zgodziłam się.
  - To za dziesięć minut na dole.
  Kiedy zeszłam już na mnie czekali, a po drodze omawialiśmy co się zmieniło w naszym życiu. Chłopak poszedł do koledżu, a jego siostra - tak jak ja - kończy za trzy miesiące liceum.
  Okazało się, że nad jeziorem ktoś wybudował pomost. Usiedliśmy na nim, a po jakimś czasie Michael wstał i oznajmił, że skoczy po coś do picia, co uznałyśmy za doskonały pomysł.
  - Ciekawe co się stało... - powiedziała Mad marszcząc brwi, kiedy kinęło dziesięć minut, a jej brat nie wrócił. - Pójdę sprawdzić czy wszytko w porządku, okej? - odeszła kiedy kiwnęłam głową.
   Po kilku sekundach zaczęło mi się nudzić i rozpoczęłam wędrówkę po pomoście w tą i  z powrotem. Nagle zatrzymałam się zauważając ludzki kształt na drugim brzegu. Kiedy przyjrzałam się lepiej, uświadomiłam sobie, że to stworzenie miało skrzydła i... patrzyło się prosto na mnie. Otworzyłam oczy w zdumieniu, a istota uśmiechnęła się szeroko.
 - Wracamy! - usłyszałam głos i prędko się odwróciłam przestraszona w stronę z której dochodził.
 - Chcecie, żebym odstała palpitacji? Nie podkradajcie się tak! - powiedziałam rodzeństwu, które w odpowiedzi się roześmiało.
 Odwróciłam się, by zerknąć jeszcze raz na tamtą tajemniczą istotę, ale nikogo, ani niczego już tam nie było.
  Może mi się przywidziało? pomyślałam.
___________________________________________
WIEM, ŻE MUSIELIŚCIE DŁUUUUGO CZEKAĆ! SORRY!
MEA CULPA!
Wena była na wykończeniu!
Przepraszam też za błędy, ale piszę to wieczorami kiedy mój mózg jest już wyprany przez szkołę :C
Ale mam nadzieje, że się Wam podobało :)
Napiszcie co sądzicie jeśli łaska  ( o rozdziale i nowym wyglądzie bo się napracowałam ! ) :3
I na koniec podziękowania dla mojej żony - Czarnej ! ♥

czwartek, 8 maja 2014

Rozdział 2

  Powoli zbudziłam się z zamazanego snu. Kiedy tylko otworzyłam oczy, od razu je zamknęłam.
  O Boże... ale jasno... nie chcę w stawać... głowa mnie boli... bardzo, bardzo boli... a tam jest tak jasno... jeszcze bardziej boli... - marudziłam w myślach jeszcze długi czas - chwila. Dlaczego mnie boli głowa?
  Phil! 
  Usiadłam błyskawicznie wywołując kolejną falę bólu, zignorowałam ją na tyle ile się dało i zaczęłam szukać ręką telefonu by dowiedzieć się co się wczoraj stało. Ostatnie co pamiętam (mniej więcej) to to, że poszłam szukać swojego chłopaka, a potem... potem nic. Pustka.
  Zero więcej ćpania! Moja pamięć przypomina ser szwajcarski.
  Kiedy nie wyczułam telefonu, rozejrzałam się dokładnie i...
  - Osz (przekleństwo, którego tu nie napiszę xd) ! Gdzie ja do cholery jestem?! - krzyknęłam.
  Siedziałam na wielkim łóżku w pokoju, który pierwsze raz widziałam na oczy. Może to byłam w pokoju Phila? O nie! Szybko spojrzałam w dół, na swoje ubrania... były na swoim miejscu. Miło było wiedzieć, że nie wykorzystał okazji, mojej nieświadomości.
  Przyjrzałam się dokładniej wystrojowi. Wystarczyło tylko zerknąłam dokładniej, a szansę na to, że byłam u swojego chłopaka gwałtownie zmalały. Pokój był elegancki, ale w jakimś sensie mówił, że jednak należy do chłopaka... nie to, żeby wisiał jakieś plakaty ulubionych drużyn sportowych, co to to nie. Pomieszczenie było urządzone kolorach ziemi z nutą prosto z Azji. Wielkie, rozsuwane drzwi balkonowe, ukazywały widok pięknej plaży, a obok nich leżały skrzypce... 
  On i muzyka klasyczna? - prychnęłam w duchu - Lepszego suchara jeszcze nie słyszałam. Prędzej zatańczę z wróżkami. Mimo to, chyba spróbować nie zaszkodzi...
   - Phil! - krzyknęłam.
  Nie doleciała do mnie żadna odpowiedź, tylko stukot naczyń. Powoli wstałam i ostrożnie ruszyłam za tym odgłosem, który jak się okazało pochodził z kuchni. Stał tam chłopak nad kuchenką mieszając w garnku, jak tylko przeszła przez próg odwrócił się i uśmiechnął. Znałam go, to był...
   - Jem - dokończyłam cicho na głos, zmywając uśmiech z jego twarzy. Cały zesztywniał.
  - Skąd wiesz jak mam na imię? - zapytał ostrożnie zabierając garnek z - jak zauważyłam - jajkami z płyty grzewczej.
  Ale się wkopałam... przecież nie wyznam mu "Jak byłam na plaży, usłyszałam jak zerwała z tobą tamta dziewczyna", może i nie uchodzą za najtaktowniejszą, ale nie mogłam tego powiedzieć. Postanowiłam skłamać.
  - Wydaje mi się, że gdzieś cie już widziałam... nie pamiętam kiedy, ani w jakich okolicznościach niestety - kłamstwo pozostawało gorzki smak w mych ustach. Na jego twarzy zobaczymy cień podejrzliwości, więc szybko zmieniłam temat starając się dowiedzieć tego co chciałam. - Jak się tu znalazłam?
Widocznie był zmieszamy.
  - Przyniosłem cię tu. - już miałam zapytać dlaczego, ale on mnie uprzedził - Nie pytaj, bo nie uwierzysz i tak.
  - Spróbuj - miałam nadzieję, że nie był żadnym psychopatą, odurzającym dziewczyny i porywającym je do swojego domu.
  Na jego twarzy dostrzegłam cień zdenerwowania. Chwilę milczał, po czym pokręcił głową i spojrzał mi prosto w oczy.
  - Wierzysz w magię?
  A co to ma do rzeczy? Gobliny mnie chciały dorwać, czy co?
 - Nie... tak... może... nie wiem! Czy to ważne? - spytałam zirytowana
 - Nawet bardzo. - coś mi mówiło, że nie żartuje.Chyba chciał skończyć ten temat jak najszybciej.  - Dam ci coś do jedzenia, żebyś nie była głodna.
 Zaczął robić kanapki z jajkiem, a ja w tym czasie mogłam mu się uważniej przyjrzeć. Miał na swoim chudym, ale silnym ciele poznaczonym jakimiś dziwnymi tatuażami, jeansy i białą koszulę rozpiętą u góry, był boso, rysy jego twarzy były bez wątpienia Azjatyckie (to tłumaczyłoby wystrój pokoju), oczy miał tak ciemne, że prawie czarne, tak samo jak jak lśniące włosy. Był delikatny. Piękny. Cudowny.
 Tak pochłonęło mnie, podziwianie go, że nie zauważyłam kiedy postawił przede mną talerz z jedzeniem, spoglądając na mnie łagodnie.
  - Nic nie zjem póki się nie dowiem o co tu chodzi - dla podkreślenia swojej stanowczości, skrzyżowałam ręce na piersi. On uważnie mi się chwilę przyglądał, po czym westchnął ciężko. Wygrałam.
  - Włosy z natury masz turkusowe czy to farba? - tym pytaniem wytrącił mnie z torów. Myślałam, że mi powie w końcu to co chcę, a zapytał o włosy, czy są naturalne... to było dziwne, przecież nikt nie ma turkusowych włosów tak po prostu, choć ja byłam wyjątkiem.
  - Tak.
 - A oczy? - one miały kolor ciemnej, głębokiej (prawie jaskrawiej) zieleni.
 - Też. - a kiedy na jego twarzy pojawiło się zainteresowanie wytłumaczyłam -  Zabrzmi to głupio, ale we wakacje, pięć lat temu, mój wygląd zaczął się po prostu zmieniać. Na początki schudłam gwałtowanie, potem zrobiłam się z opalonej blada, oczy z niebieskich stały się takie jak są teraz, tak samo jak włosy. Po dwóch tygodniach wyglądałam już jak nie ja. To brzmi bez sensu... a w ogóle co cie to obchodzi? - zakończyłam ostro, kiedy zdałam sobie sprawę o tym co mu powiedziałam, nikt dotąd o tym nie wiedział, albo nie wierzył (tu przypadek rodziców, oni twierdzili, że się zbuntowałam i głodziłam).
  - Dobrze, powiem ci. - wyglądał, jakby padła ostatnia deska ratunku i nie miał wyboru. - Ten twój chłopak, z którym byłaś...
  - Phil - przerwałam.
  - Wybacz. No więc Phil, nie był tym za kogo się podawał. Był demonem... - już miałam się wtrącić kiedy powiedział - proszę, nie przerywaj, trudno to wytłumaczyć już bez tego.  - to mi zamknęło buzię - On potrafił się zmieniać w człowieka, tak jak inne potężne demony. Tak naprawdę nazywał się Mastema. To co zobaczyłaś było jedną z jego form bojowych, że tak się wyrażę.  Zabił jednego z naszych, który na niego polował, ale pierwotnym celem byłaś ty, Anastazjo - czyli znał moje imię? Cudnie - ten demon uwielbia krew fearie, która płynie w twoich żyłach... jest mściwy, a ten gatunek kiedyś mi się naprzykrzył. Próbował cię dopaść, ale w ostatniej chwili go odesłałem tam gdzie trzeba - zamilkł, a mnie wspomnienia nocy zaczęły zalewać pełną mocą. Krew. Ciało... Potwór.
  - Mogę o coś zapytać? - kiwnął głową - jakto " zabił jednego z naszych"? I czemu mówisz, że we mnie płynie krew jakiś wróżek?
  - Zacznijmy od wstępu do tego wszystkiego... nie będę ci dyktował historii, bo i tak możesz nie zrozumieć, wszystkiego. Na ziemi są cztery rodzaje istot, demony, pierwsi to Podziemni: czarownicy, czyli dzieci demonów i ludzi; feaire, mają w sobie krew aniołów, od których odziedziczył wygląd i demonów, po których mają charakter; a reszta to zarażeni demonicznymi wirusami, czyli wilkołaki i wampiry. Druga grupa, to Przyziemni, czyli normalni ludzie. Pozostała jedna grupa - z krwią anioła, tacy jak ja, Nefilim, lub jak my siebie nazywamy: Nocni Łowcy, naszym zadaniem jest zabijanie demonów, lub Podziemnych jeśli ci złamią Przymierze... a w sumie już nie wszystkich, od 2007 roku możemy zabijać tylko fearie, bo były zdrajcami i sprzymierzyli się z demonami, w walce o której wasz świat nie ma pojęcia. Na pierwsze pytanie odpowiedziałem. A drugie - możesz, mieć krew fearie w spadku po wielu latach... czasami nawet po pięciu stuleciach pojawia się nagle efekt tego dziedzictwa. To tłumaczy twój wygląd, w czasie dojrzewania krew, którą otrzymałaś w spadku doszła do głosu... zapomniałem jeszcze o jednej rzeczy. Masz Wzrok... to znaczy, że możesz widzieć Świat Cieni przez czaru, które go chronią przed spojrzeniami zwykłego człowieka... to niezwykłe... od dawna nie pojawił się człowiek ze Wzrokiem, nawet jeśli miał w sobie krew fearie. Znałem jednych z ostatnich.
  - To ile to masz lat? - zapytałam zdziwiona i przeciążona tą wielką dawką informacji.
  - To długa historia. - na  pięknych ustach Jema pojawił się cień uśmiechu. - a teraz zjedz.
  ~*~
  Kiedy tylko zostałam odwieziona pod dom, od razu zaczęłam mówić Jemowi, żeby odjechał, bo inaczej będziemy mieli problemy. On się jednak uparł, że nie zostawi mnie i kiedy tylko rodzice zrobili najazd na mnie on mnie gładko wytłumaczył... coś o tym, że jest moim kolegą z klasy i nie wiem co jeszcze - o dziwo uwierzyli! Przecież on wygląda na dwadzieścia trzy/cztery lata! Jeszcze obeszło się bez szlabanu... tylko nagana. Widać było, że urok chłopaka na nich zadziałam.
 - Zobaczymy się za niedługo. Do widzenia państwu - powiedział do moich rodziców i odjechał.
Przez cały czas mama trajkotała jak najęta, gdzie go znalazłam i jak dobrze, że nie jestem już z Philem, a tata sprawiał wrażenie nachmurzonego. Przecież dopiero co człowieka poznałam, a oni wyobrażają sobie nie wiadomo co! Ale cieszyłam się, że myślą, że nie jestem z Philem... Mastemem... czy jako on tam ma - wolałam to, niż żeby wiedzieli, że demon chciał mnie pożreć.
  Wieczorem ( który nastał stanowczo zbyt szybko) do snu ukołysały mnie wizję pięknego azjatyckiego wojownika, walczącego z całą armią demonów.
____________________________________________
Wiem, że strasznie długie, ale nie umiałam tego streścić :D
Czekam na komy z opinią ;)
I jak zawszę dziękuję mojej żonie - Czarnej, bez niej nie byłoby tu połowy :D
i wybaczcie błędy, ale nie chciało mi się już ich poprawiać :C

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Rozdział 1

 Hmm... teraz historia? - pomyślałam próbując przypomnieć sobie jaką mam teraz lekcję. Za nic nie mogłam sobie przypomnieć i stwierdziłam, że zapytam się pierwszej lepszej osoby z którą mam dziś zajęcia. Zauważam Daniel z którą miałam większość zajęć w tygodniu, może dowiem się w końcu co miałam.
  - Cześć Daniel - witam się najmilej jak się da - Wiesz może co teraz mamy?
  - Cześć Ana, teraz mamy biologie. - Uśmiechnęła się do mnie promiennie. Jest miłą szczupłą blondynką, przewodniczącą szkoły, wzorową uczennicą i jako jedna z niewielu nie traktowała mnie jak odmieńca. Nawet ją lubiłam, ale muszę przyznać szczerze, że czasami miałam dość jej radości... no bo ile można się szczerzyć do całego świata?!
  - Dzięki. Do zobaczenia na lekcji. - uśmiecham się i odchodzę zanim zacznie trajkotać jak nawiedzona.
  W chwili kiedy wyjęłam książkę z szafki, rozdzwonił się mój telefon. To Phil. Chodziłam z nim już od miesiąca, czyli pamiętnego spotkania na plaży. Nie to, żebym była w nim zakochana... po prostu dobrze się z nim bawiłam i - co najważniejsze - rodzice go nie lubili. Nadal nie wybaczyłam im tej przeprowadzki.
  - Halo? - mówię do komórki.
  - Cześć złotko. Chcesz gdzieś się przejść? - pyta.
  - No jasne Phil. Kiedy i gdzie?
  - Teraz, a gdzie to tajemnica. - niemal słyszałam jak się uśmiecha.
  - Ale teraz? Ja mam lekcję... - coś mi się nie podobał ten pomysł... może nie byłam wzorową córką i uczennicą, ale nie podobała mi się wizja kiblowania w ostatniej klasie.
  - No dawaj. Jedne wagary nic ci nie zrobią. Czekam przed szkołą.
  - No dobra. Będę do pięciu minut. - rozłączyłam się.
  Raz kozie śmierć! - pomyślałam i wyszłam ze szkoły, próbując nie zwracać na siebie uwagi. 
  Stał oparty o palmę i patrząc się w przestrzeń. Chciałam go zaskoczyć i skoczyć na jego plecy, ale w ostatniej chwili się obrócił, złapał mnie w locie i pocałował.
 - To dziś latamy? Mogłaś nie uprzedzić to bym założył skrzydła. Ale na wszelki wypadek poćwicz lądowanie - powiedział wesołym tonem.
  - No jasne, to gdzie idziemy? - uśmiecham się.
  - Nie powiem ci. Pojedziemy moim samochodem, dobrze?
  W odpowiedzi kiwnęłam głową, a po chwili jechaliśmy ulicami Los Angeles czarnym SUVem. Nie chciał mi w ogóle powiedzieć gdzie mnie wiezie. Za każdym razem jak się pytałam, on tylko się uśmiechał.
  Po dwudziestu minutach byliśmy na obrzeżach miasta. Zaparkowaliśmy pod jakąś rozpadającą się ruderą.
  - Po co tu jesteśmy? - zapytałam z niepokojem.
  - Niespodzianka. Chodź. - wziął mnie za rękę i ruszyliśmy w kierunku walącego się domu... chyba domu.
  - Ale po co tam? - coś mi mówiło, że to coś niezbyt nadaje się na randkę.
  Phil tylko lekko uśmiechną się i wszedł do "budynku", a ja zaraz po nim.
  Wnętrze aż prosiło się o odchwaszczanie, a na środku stały pieńki, robiące za prowizoryczne krzesła i stolik plastikowy ( jedyna czysta rzecz )... hm... nie ma to jak romantyczny klimat.
  Chwile coś kombinował przy stole zasłaniając go, a jak już się odsunął zobaczyłam biały proszek... nie no... nie mogłam uwierzyć w to co widzę...
  - Biała dama się do nasz przyłącza... nie masz nic przeciwko? - zapytał z błyskiem w oku.
  Trochę mi zajęło zanim odzyskałam głos.
  - Serio? Kokaina? Czy do reszty, ci się na łeb rzuciło?!
  - Spokojnie mała, po tym tylko jakiś czas będziesz happy i tyle. Nic wielkiego.
  W życiu nie brałam narkotyków... pić mi się owszem zdarzało, ledwie przechodziłam w Polsce od klasy do klasy, pyskowałam jak najęta, przeklinałam, raz nawet paliłam papierosy, do chwili kiedy dotarło do mnie, że śmierdzę przez nie na kilometry... ale nigdy nie ćpałam. Co powiedzieliby rodzice? I to przeważyło szalę...
  - Dobra - zgodziłam się - dawaj, ale mało.
  - Ok.
  Kiedy już wciągnęłam biały śnieg, nie odczuwałam żadnej różnicy. Rozmawialiśmy trochę, a po dziesięciu minutach nadciągnęło uczucie głupiej euforii... O-ho, coś zaczynało działać.
  - Zatańczymy? - zaproponował, na co ja się zgodziłam od razu.
  Phil włączy jakąś wolną piosenkę na telefonie i zaczęliśmy tańczyć. Cały czas szczerzyłam się okrutnie. ALE BYŁO TAK FAJNIE!!! Najlepsze uczucie w życiu!!!
Zahaczyłam  o coś butem, poczułam jak lecę w dół, ale w ostatniej chwili mój fajny chłopak mnie złapał. Zaczęłam się opętańczo śmiać, a po chwili - wyleciało mi z głowy co było pomiędzy, pewnie coś nie ważnego - całowaliśmy się namiętnie... mmm... cudownie się czułam... to było naprawdę fajne... poczułam jak mi wkłada ręce pod koszulkę i ... zadzwonił telefon. Najpierw starałam się go ignorować, ale nie wytrzymałam i ze śmiechem (nie wiem z jakiego powodu się śmiałam, ale nieważne, bo jest super!!!) odebrałam komórkę.
  - Tak? - zachichotałam do telefonu.
  - Gdzieś ty jesteś do cholery, Anastazjo?! - warknęła po drugiej stronie mama.
  - Weź wyluzuj. Nic mi nie jest.  - znowu śmiech.
  - Masz wracać do domu, ale już!!!
  - A co jeśli nie? - boże... chyba powinnam przestać się śmiać... ale nie da się... to jest takie fajne uczucie!!!
  - WRACAJ NATYCHMIAST!!!
  - Dobra stara, bez spiny. - rozłączyłam się zanim coś powiedziała.
  - Muszę wracać. - oznajmiam wesoło Philowi.
  - Dobra, odwiozę cię.
  - Ale szkoda, że tak szybko się skończyło - chichotałam dalej.
  Nic nie mówił, tylko poszedł do auta i otworzył mi drzwi.
  - Haha... jaki dżentelmen - nie mogłam przestać się śmiać, to było takie zabawne! Nie wiem dlaczego, ale było i już.
  Hm... dziwne. Kiedy prowadził był skupiony... może na niego ten odlotowy proszek nie działa? Na tą myśl znowu zaczęłam chichotać.
  Strasznie szybko dotarliśmy pod dom i wyszłam z auta, po któryś tam pocałunku z moim przystojnym chłopakiem. Kiedy weszłam do domu po wielu krzykach rodziców o to, że coś brałam i moim, niekończącym się śmiechu, zostałam zamknięta w pokoju.
  Hahaha... co im odwaliło? Przecież jest taki ładny dzień - pomyślałam i spojrzałam na zegarek - dobra... ładna ósma trzydzieści wieczorem.
  ~*~
  Musiałam na chwilkę zasnąć bo jak się obudził mnie sms była już dziesiąta. W życiu nie uwierzyłam bym, że po godzinie snu wstanę kiedyś wesoła... odczuwałam trochę mniej radości, niż parę godzin temu, ale i tak było dobrze. Zerknęłam na wiadomość. To Phil.
  *Czekam przed twoim domem*
  Nie zastanawiając się długo, przeczesałam włosy szczotką i radosna jak skowronek wyszłam z domu, ciesząc się, że mama z tatą śpią.
   - Siemka. - przywitałam się z szerokim uśmiechem.
   - Cześć. Chodź. - Nie musiał dwa razy powtarzać.
   Po jakimś czasie byliśmy w jakimś domu... może jego, może nie. Chwila... jak weszliśmy tam? Kij, nie ważne. Kto by się tam przejmował?
  - Chcesz się czegoś napić? - spytał.
  - Jasne, a co proponujesz? - jeszcze szerszy uśmiech.
  Zniknął na chwilę w domu po czym wrócił z jakimś kilkami butelkami piwa.
  - Chcesz jedno? - podsunął mi jedną.
  - Tak! No pewnie!!!
  Po paru piwach i długim czasie obściskiwania się, Phil spojrzał na okno i nagle mnie zostawił mówiąc, że zaraz wróci i mam zostać na miejscu. Odrobinę się zaniepokoiłam, ale tylko odrobinę, bo kokaina nadal działa i w dodatku byłam po alkoholu.
  Minęło pięć minut - nic.
  Siedem - nadal go nie było.
  Dziesięć - niepokój przebił się przez proszek i promile.
  Piętnaście - straciłam cierpliwość i zaczęłam go szukać.
  Na parterze nikogo nie było. Usłyszałam krzyk dochodzący z pola. Przeraziłam się i z jakiegoś powodu, jak idiotki w tanich horrorach, ruszyłam w stronę, z której dochodził dźwięk. Ostrożnie wyszłam drzwiami i powoli poszłam w kierunku ogrodu. Zobaczyłam tam jakiś dziwny, poruszający się cień.
  - Phil? - zapytałam z niepokojem.
  Cień odwrócił się w moją stronę... ale nie cały. Zostawił za sobą coś dużego... rozszarpany człowiek!
  Zaczęłam się cofać, ale to coś było coraz bliżej. Kiedy padło na nie światło z okna, aż krzyknęłam. Stała tam jakaś maszkara. Wielkie, obślizgłe od żółtego śluzu, zniekształcone Coś.
  BOŻE! RATUNKU!! - chciałam krzyknąć, ale głos uwiązł mi w gardle.
  Potwór stanął i zaczął szykować do skoku... a ja stałam i patrzyłam się, ponieważ moje nogi zamieniły się w watę.
  Zaraz zginę - pomyślałam.
  Wszystko co nastąpiło potem było rozmazanym cieniem. Stwór był w powietrzy, powietrze przecięła ciemny, duży kształt, srebrny błysk, przeszywający noc krzyk i głęboka ciemność. Nic więcej.
__________________________________________
HAHA... fajnie zaczęło się robić, co nie? Najlepiej teraz przerwać :D
Jak się podobało? Czekam na hejty (szczerze) w komach ;)
Jak zawsze... pomagała mi żona - Czarna ^^

piątek, 25 kwietnia 2014

Prolog

   Patrzyłam beznamiętnie na kartony zagracające mi cały pokój... przydałoby się to ogarnąć... kiedyś tam. Jak na razie miałam w planach podenerwowanie nimi rodziców. Fajnie było jak się teraz denerwowali. To za karę za tą całą cholerną przeprowadzkę.
  Tydzień temu przeprowadziliśmy się z mojego kochanego Krakowa, do debilnego domu w Kalifornii. Wiem... która dziewczyna się nie cieszyłaby, że zamieszka w pięknym słonecznym mieście w USA, zamiast w szarej Polsce z drogami dziurawymi jak ser szwajcarski? Otóż miejsce tego odmieńca zajęłam ja. Nie chodzi o to, że zostawiłam przyjaciół lub chłopaka; wręcz przeciwnie - chłopak okazała się debilem, który mnie zdradza, a przyjaciół raczej nie miałam, ponieważ jeśli mam być szczera, uczyłam się w szkole dla snobów i nikt się nie chciał przyjaźnić z dziewczyną z niebieskimi (dokładnie to turkusowymi) włosami, więc uważali ją za dziwaczkę ... i z wzajemnością - chodziło o to, że rodzice zaplanowali wszystko nic mi nie mówiąc! Co prawda mam od paru miesięcy już skończone osiemnaście lat, ale nie wyprowadzę się z domu, by zamieszkać w Krakowie, jeśli nie będę w stanie sama się utrzymać. Dokończę tu te pięć miesięcy liceum, znajdę pracę i "bay, bay" rodzinko!".
   To wszystko było przez durną pracę ojca... jest policjantem, kiedyś przenieśli go do polski - gdzie poznał moją mamę i wiodą sobie nadal szczęśliwe życie - a teraz kazali mu tu wrócić!
   Usłyszałam jak drzwi się otwierają i docierają do mnie podniesione głosy rodziców, najwyraźniej się o coś kłócili. To dość niezwykłe zjawisko usłyszeć, jak mój tata krzyczy... bo jak na moją rodzicielkę to dość normalne... po kimś w końcu musiałam odziedziczyć charakter, no nie?
   Podeszłam do zamkniętych drzwi mojego pokoju i przyłożyłam drzwi do ucha, by lepiej słyszeć. Co prawda mogłam uchylić lekko drzwi, ale wolałam nie ryzykować. 
   - Nie może tak być! - chyba musiał być naprawdę zły - Ona jest dorosła  i powinna w końcu dorosnąć. - oho. Przerabiali ich ulubiony temat, którym jestem ja. -  Za niedługo kończy szkołę i powinna się opamiętać. Nie może w tylko w kółko chodzić na strzelnice i jeździć na tej swojej maszynie do zabijania!!!
   Naprawdę nie pojmuję, czemu on tak nazywa mój kochany motor, który z resztą sam mi kupił - pewnie za namową mamy - miesiąc temu, jak tylko uzyskałam na niego prawko. A to o strzelnicy jest już kompletnie nie do zrozumienia. Pracował jako policjantem i zamiast, jak normalny rodzic się cieszyć, że jego jedyna córka interesuje się, czymś związanym z jego pracą, cały czas miał problem. Czy to złe, że chcę strzelać z broni? Uwielbiałam to robić i w najmniejszym wypadku nie zamierzałam przestać.
   - Daj spokój! Przecież ona ma jeszcze czas! - moja matka mnie broni, a tata atakuje... to naprawdę dziwne, ponieważ zazwyczaj jest całkowicie odwrotnie. 
    Szybko zaczęli mnie denerwować. Wstałam, otwarłam drzwi i ruszyłam w stronę kuchni, by przerwać ich kłótnie i napić się czegoś. Kiedy weszłam, zapanowała całkowita cisza. Oboje byli czerwoni ze złości na twarzy.
   Chwyciłam z lodówki puszkę Sprite'a.
   - Mogę pojechać na strzelnicę? - zapytałam jak gdyby nic się nie stało i od razu zostając spiorunowana wzrokiem, przez tatę.
   - Jasne, że tak. Tylko nie siedź za długo. - moja mama jako jedyna zdążyła się opanować.
  - Wrócę za dwie godziny. - i szybko wychodzę, dopijając po drodze napój, zanim ojciec zdąży się odezwać.
   Wsiadłam na mój kochany motor, zakładam kask i z radością słucham jak budzi się do życia. Ten dźwięk nie ma prawa się znudzić.
  Mknę radośnie przez drogę ciesząc się przejażdżką, a piętnaście minut później zatrzymuję się pod moim ulubionym miejscem w całej Ameryce. Na progu wita mnie pan Darvis - przyjaciel taty, prowadzący strzelnice. Był póki co, jedyną osobą z tego kraju, którą w miarę polubiłam.
  - Witam Anastazjo. Strzelamy dzisiaj? To co ostatnio? - to chyba było pytanie retoryczne... po co inaczej bym tu przyjeżdżała? Ale na wszelki wypadek kiwam głową - Ile będziesz?
  - Godzina. Zostałabym dłużej, ale chciałabym coś jeszcze zrobić. - tym "cosiem", szczerze mówiąc, była bezcelowa jazda po mieście przez jakiś czas.
  - Dobra. Stanowisko piąte. I pamiętaj... nikomu ani słowa. - mrugnął do mnie.
  To była strzelnica należąca do policji, więc normalnie nie mogłabym tu być, ale pan Darvis pozwalał mi przychodzić tu w godzinach kiedy jest całkiem pusto i strzelać.
~*~
  Jechałam do mojego domu, kiedy usłyszałam dźwięk duszącego się silnika.
  TYLKO NIE TO!
  Zjechałam na parking obok plaży i przyjrzałam się mojemu kochanemu motorowi. Wszystko wyglądało dobrze... cholera! I jak miałam teraz wrócić?  Za daleko, żebym doszła na nogach.
  Kopię bezsilnie w koło sfrustrowana. Nie miałam pojęcia co mogło się z nim stać.
  Chciałam zadzwonić do rodziców i poprosić ich, by przyjechali po mnie, ale nie mogłam znaleźć komórki. Podwójna cholera!  Pewnie zostawiłam ją w domu. Czy może być jeszcze lepiej?
  Postanowiłam, że pójdę na plażę, by usiąść na chwilę i pomyśleć co dalej... Okazało się, że jedynymi osobami poza mną jest jakaś para pochłonięta rozmową. Ładna brunetka i chłopak z fińską urodą. Hmm... był całkiem przystojny.
  Boże...! O czym ja myślę? Nie wiem jak wrócić do domu, a obchodzi mnie, że zajęty chłopak jest przystojny. Żałosna jestem...
  Siadam w lekkim oddaleniu od zakochańców, zaczynam gorączkowo myśleć i nagle dolatują do mnie ich słowa.
  - Myślałem, że mamy to już za sobą - głos chłopaka jest przepełniony bólem, a ja od razu zaczynam słuchać - mówiłaś, że mnie kochasz... że przez ten cały czas mnie kochałaś. Co się zmieniło?
  - Oh... Jem... naprawdę nie mogę ci tego robić. Kocham cię, ale jego nadal kocham. - Czyli zrywali? Wow... zaczynało być ciekawie... tylko kto to ten trzeci? - Nie chcę, żebyś musiał przeze mnie cierpieć. On był dla ciebie jak brat... Nie mogę, po prostu nie mogę.
  - Wiem, ze go kochasz i nie mam nic przeciwko, ja też go kocham. - Halo! Co to miało być? Tania opera mydlana? Jak można nie mieć w tej chwili nic przeciwko?! A może oni żyją w jakimś chorym związku.
  - Tessa... proszę... Nie możesz mnie zostawić. Jesteś całym moim światem...  - Skąd on się urwał? Z XVIII wieku, że w takim wieku pitolił o całym świecie??? Nie no... to chore... Ale współczułam mu trochę.
  - James! Nie mogę, nie rozumiesz?! Nie mogę! - Tess wstała i uciekła, zostawiając go samego. Jem wyglądał jak wrak człowieka... chyba mu na niej zależało... biedny.
  - Mogę się dosiąść? - aż podskoczyłam na dźwięk tych słów. Spojrzałam w górę. Jakiś chłopak stał nade mną, uśmiechając się. Wyglądał na jakieś dwadzieścia lat. Był opalony, miał krótko ścięte włosy i niebieskie oczy. Kiwnęłam głową i spojrzałam na miejsce przed chwilą siedział porzucony chłopak... nie było po nim ani śladu... zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu.
  Nieznajomy też spojrzał w tamto miejsce, marszcząc brwi.
  - Coś się stało?- zapytał lekko zdziwiony.
  - Pytasz o dobre, czy złe rzeczy... a nie chwila. Są same złe. - odparłam naburmuszona.
  - Dożo wyjaśniłaś i dodatkowo promieniejesz radością. - odparł z uśmiechem.
  - Wybacz. Po prostu dzisiejszy dzień jest do dupy. Dodatkowo zepsuł mi się motor i nie mam jak wrócić do domu.
  - Jeśli będziesz chciała mógłbym zobaczyć co z nim. - zaproponować, a ja poczułam się lekko speszona. Czwarte zdanie, a on już proponuje mi pomoc. A nawet nie znam gościa!
  Znasz się na motorach? - zapytałam i tak to się zaczęło... kiedy spojrzałam na zegarek przypięty na nadgarstka znieruchomiałam. DO JASNEJ!!! SZÓSTA!!!!
  Szybko dukam jakieś słowa o tym, że jestem spóźniona i uciekam, a dopiero na parkingu  przypominam sobie, że coś jest z motorem. Niech to szlag!
  - Na pewno nie chcesz, żebym spojrzał? - odwracam się i znowu widzę tego chłopaka.
  - A mógłbyś? - pytam z nadzieją na co on kiwa głową i podchodzi do mojego skarbu.
  Majstrował tam chwilę i nakazał uruchomić motor. 
  DZIAŁA!!!! TRZEBA OGŁOSIĆ ŚWIĘTO PAŃSTWOWE!!!
  - Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. - powtarzałam w kółko - jak mogę ci się odwdzięczyć?
  - Daj mi swój numer. 
  Hm... dać? Rodzice pewnie się wkurzą, że rozdawałam swój numer na prawo i lewo. No więc wybór jest łatwy.
  Po chwili jadę do domu z numerem Phila (bo tak właśnie on się nazywał) w kieszeni.
  Oczywiście czekało mnie piękne powitanie... 
_________________________________________________

Jak się podoba początek? Co myślicie? :3
Proszę o szczere opinie ^^
Pomaga mi moja żona - Czarna :D