playlist

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Rozdział 1

 Hmm... teraz historia? - pomyślałam próbując przypomnieć sobie jaką mam teraz lekcję. Za nic nie mogłam sobie przypomnieć i stwierdziłam, że zapytam się pierwszej lepszej osoby z którą mam dziś zajęcia. Zauważam Daniel z którą miałam większość zajęć w tygodniu, może dowiem się w końcu co miałam.
  - Cześć Daniel - witam się najmilej jak się da - Wiesz może co teraz mamy?
  - Cześć Ana, teraz mamy biologie. - Uśmiechnęła się do mnie promiennie. Jest miłą szczupłą blondynką, przewodniczącą szkoły, wzorową uczennicą i jako jedna z niewielu nie traktowała mnie jak odmieńca. Nawet ją lubiłam, ale muszę przyznać szczerze, że czasami miałam dość jej radości... no bo ile można się szczerzyć do całego świata?!
  - Dzięki. Do zobaczenia na lekcji. - uśmiecham się i odchodzę zanim zacznie trajkotać jak nawiedzona.
  W chwili kiedy wyjęłam książkę z szafki, rozdzwonił się mój telefon. To Phil. Chodziłam z nim już od miesiąca, czyli pamiętnego spotkania na plaży. Nie to, żebym była w nim zakochana... po prostu dobrze się z nim bawiłam i - co najważniejsze - rodzice go nie lubili. Nadal nie wybaczyłam im tej przeprowadzki.
  - Halo? - mówię do komórki.
  - Cześć złotko. Chcesz gdzieś się przejść? - pyta.
  - No jasne Phil. Kiedy i gdzie?
  - Teraz, a gdzie to tajemnica. - niemal słyszałam jak się uśmiecha.
  - Ale teraz? Ja mam lekcję... - coś mi się nie podobał ten pomysł... może nie byłam wzorową córką i uczennicą, ale nie podobała mi się wizja kiblowania w ostatniej klasie.
  - No dawaj. Jedne wagary nic ci nie zrobią. Czekam przed szkołą.
  - No dobra. Będę do pięciu minut. - rozłączyłam się.
  Raz kozie śmierć! - pomyślałam i wyszłam ze szkoły, próbując nie zwracać na siebie uwagi. 
  Stał oparty o palmę i patrząc się w przestrzeń. Chciałam go zaskoczyć i skoczyć na jego plecy, ale w ostatniej chwili się obrócił, złapał mnie w locie i pocałował.
 - To dziś latamy? Mogłaś nie uprzedzić to bym założył skrzydła. Ale na wszelki wypadek poćwicz lądowanie - powiedział wesołym tonem.
  - No jasne, to gdzie idziemy? - uśmiecham się.
  - Nie powiem ci. Pojedziemy moim samochodem, dobrze?
  W odpowiedzi kiwnęłam głową, a po chwili jechaliśmy ulicami Los Angeles czarnym SUVem. Nie chciał mi w ogóle powiedzieć gdzie mnie wiezie. Za każdym razem jak się pytałam, on tylko się uśmiechał.
  Po dwudziestu minutach byliśmy na obrzeżach miasta. Zaparkowaliśmy pod jakąś rozpadającą się ruderą.
  - Po co tu jesteśmy? - zapytałam z niepokojem.
  - Niespodzianka. Chodź. - wziął mnie za rękę i ruszyliśmy w kierunku walącego się domu... chyba domu.
  - Ale po co tam? - coś mi mówiło, że to coś niezbyt nadaje się na randkę.
  Phil tylko lekko uśmiechną się i wszedł do "budynku", a ja zaraz po nim.
  Wnętrze aż prosiło się o odchwaszczanie, a na środku stały pieńki, robiące za prowizoryczne krzesła i stolik plastikowy ( jedyna czysta rzecz )... hm... nie ma to jak romantyczny klimat.
  Chwile coś kombinował przy stole zasłaniając go, a jak już się odsunął zobaczyłam biały proszek... nie no... nie mogłam uwierzyć w to co widzę...
  - Biała dama się do nasz przyłącza... nie masz nic przeciwko? - zapytał z błyskiem w oku.
  Trochę mi zajęło zanim odzyskałam głos.
  - Serio? Kokaina? Czy do reszty, ci się na łeb rzuciło?!
  - Spokojnie mała, po tym tylko jakiś czas będziesz happy i tyle. Nic wielkiego.
  W życiu nie brałam narkotyków... pić mi się owszem zdarzało, ledwie przechodziłam w Polsce od klasy do klasy, pyskowałam jak najęta, przeklinałam, raz nawet paliłam papierosy, do chwili kiedy dotarło do mnie, że śmierdzę przez nie na kilometry... ale nigdy nie ćpałam. Co powiedzieliby rodzice? I to przeważyło szalę...
  - Dobra - zgodziłam się - dawaj, ale mało.
  - Ok.
  Kiedy już wciągnęłam biały śnieg, nie odczuwałam żadnej różnicy. Rozmawialiśmy trochę, a po dziesięciu minutach nadciągnęło uczucie głupiej euforii... O-ho, coś zaczynało działać.
  - Zatańczymy? - zaproponował, na co ja się zgodziłam od razu.
  Phil włączy jakąś wolną piosenkę na telefonie i zaczęliśmy tańczyć. Cały czas szczerzyłam się okrutnie. ALE BYŁO TAK FAJNIE!!! Najlepsze uczucie w życiu!!!
Zahaczyłam  o coś butem, poczułam jak lecę w dół, ale w ostatniej chwili mój fajny chłopak mnie złapał. Zaczęłam się opętańczo śmiać, a po chwili - wyleciało mi z głowy co było pomiędzy, pewnie coś nie ważnego - całowaliśmy się namiętnie... mmm... cudownie się czułam... to było naprawdę fajne... poczułam jak mi wkłada ręce pod koszulkę i ... zadzwonił telefon. Najpierw starałam się go ignorować, ale nie wytrzymałam i ze śmiechem (nie wiem z jakiego powodu się śmiałam, ale nieważne, bo jest super!!!) odebrałam komórkę.
  - Tak? - zachichotałam do telefonu.
  - Gdzieś ty jesteś do cholery, Anastazjo?! - warknęła po drugiej stronie mama.
  - Weź wyluzuj. Nic mi nie jest.  - znowu śmiech.
  - Masz wracać do domu, ale już!!!
  - A co jeśli nie? - boże... chyba powinnam przestać się śmiać... ale nie da się... to jest takie fajne uczucie!!!
  - WRACAJ NATYCHMIAST!!!
  - Dobra stara, bez spiny. - rozłączyłam się zanim coś powiedziała.
  - Muszę wracać. - oznajmiam wesoło Philowi.
  - Dobra, odwiozę cię.
  - Ale szkoda, że tak szybko się skończyło - chichotałam dalej.
  Nic nie mówił, tylko poszedł do auta i otworzył mi drzwi.
  - Haha... jaki dżentelmen - nie mogłam przestać się śmiać, to było takie zabawne! Nie wiem dlaczego, ale było i już.
  Hm... dziwne. Kiedy prowadził był skupiony... może na niego ten odlotowy proszek nie działa? Na tą myśl znowu zaczęłam chichotać.
  Strasznie szybko dotarliśmy pod dom i wyszłam z auta, po któryś tam pocałunku z moim przystojnym chłopakiem. Kiedy weszłam do domu po wielu krzykach rodziców o to, że coś brałam i moim, niekończącym się śmiechu, zostałam zamknięta w pokoju.
  Hahaha... co im odwaliło? Przecież jest taki ładny dzień - pomyślałam i spojrzałam na zegarek - dobra... ładna ósma trzydzieści wieczorem.
  ~*~
  Musiałam na chwilkę zasnąć bo jak się obudził mnie sms była już dziesiąta. W życiu nie uwierzyłam bym, że po godzinie snu wstanę kiedyś wesoła... odczuwałam trochę mniej radości, niż parę godzin temu, ale i tak było dobrze. Zerknęłam na wiadomość. To Phil.
  *Czekam przed twoim domem*
  Nie zastanawiając się długo, przeczesałam włosy szczotką i radosna jak skowronek wyszłam z domu, ciesząc się, że mama z tatą śpią.
   - Siemka. - przywitałam się z szerokim uśmiechem.
   - Cześć. Chodź. - Nie musiał dwa razy powtarzać.
   Po jakimś czasie byliśmy w jakimś domu... może jego, może nie. Chwila... jak weszliśmy tam? Kij, nie ważne. Kto by się tam przejmował?
  - Chcesz się czegoś napić? - spytał.
  - Jasne, a co proponujesz? - jeszcze szerszy uśmiech.
  Zniknął na chwilę w domu po czym wrócił z jakimś kilkami butelkami piwa.
  - Chcesz jedno? - podsunął mi jedną.
  - Tak! No pewnie!!!
  Po paru piwach i długim czasie obściskiwania się, Phil spojrzał na okno i nagle mnie zostawił mówiąc, że zaraz wróci i mam zostać na miejscu. Odrobinę się zaniepokoiłam, ale tylko odrobinę, bo kokaina nadal działa i w dodatku byłam po alkoholu.
  Minęło pięć minut - nic.
  Siedem - nadal go nie było.
  Dziesięć - niepokój przebił się przez proszek i promile.
  Piętnaście - straciłam cierpliwość i zaczęłam go szukać.
  Na parterze nikogo nie było. Usłyszałam krzyk dochodzący z pola. Przeraziłam się i z jakiegoś powodu, jak idiotki w tanich horrorach, ruszyłam w stronę, z której dochodził dźwięk. Ostrożnie wyszłam drzwiami i powoli poszłam w kierunku ogrodu. Zobaczyłam tam jakiś dziwny, poruszający się cień.
  - Phil? - zapytałam z niepokojem.
  Cień odwrócił się w moją stronę... ale nie cały. Zostawił za sobą coś dużego... rozszarpany człowiek!
  Zaczęłam się cofać, ale to coś było coraz bliżej. Kiedy padło na nie światło z okna, aż krzyknęłam. Stała tam jakaś maszkara. Wielkie, obślizgłe od żółtego śluzu, zniekształcone Coś.
  BOŻE! RATUNKU!! - chciałam krzyknąć, ale głos uwiązł mi w gardle.
  Potwór stanął i zaczął szykować do skoku... a ja stałam i patrzyłam się, ponieważ moje nogi zamieniły się w watę.
  Zaraz zginę - pomyślałam.
  Wszystko co nastąpiło potem było rozmazanym cieniem. Stwór był w powietrzy, powietrze przecięła ciemny, duży kształt, srebrny błysk, przeszywający noc krzyk i głęboka ciemność. Nic więcej.
__________________________________________
HAHA... fajnie zaczęło się robić, co nie? Najlepiej teraz przerwać :D
Jak się podobało? Czekam na hejty (szczerze) w komach ;)
Jak zawsze... pomagała mi żona - Czarna ^^

piątek, 25 kwietnia 2014

Prolog

   Patrzyłam beznamiętnie na kartony zagracające mi cały pokój... przydałoby się to ogarnąć... kiedyś tam. Jak na razie miałam w planach podenerwowanie nimi rodziców. Fajnie było jak się teraz denerwowali. To za karę za tą całą cholerną przeprowadzkę.
  Tydzień temu przeprowadziliśmy się z mojego kochanego Krakowa, do debilnego domu w Kalifornii. Wiem... która dziewczyna się nie cieszyłaby, że zamieszka w pięknym słonecznym mieście w USA, zamiast w szarej Polsce z drogami dziurawymi jak ser szwajcarski? Otóż miejsce tego odmieńca zajęłam ja. Nie chodzi o to, że zostawiłam przyjaciół lub chłopaka; wręcz przeciwnie - chłopak okazała się debilem, który mnie zdradza, a przyjaciół raczej nie miałam, ponieważ jeśli mam być szczera, uczyłam się w szkole dla snobów i nikt się nie chciał przyjaźnić z dziewczyną z niebieskimi (dokładnie to turkusowymi) włosami, więc uważali ją za dziwaczkę ... i z wzajemnością - chodziło o to, że rodzice zaplanowali wszystko nic mi nie mówiąc! Co prawda mam od paru miesięcy już skończone osiemnaście lat, ale nie wyprowadzę się z domu, by zamieszkać w Krakowie, jeśli nie będę w stanie sama się utrzymać. Dokończę tu te pięć miesięcy liceum, znajdę pracę i "bay, bay" rodzinko!".
   To wszystko było przez durną pracę ojca... jest policjantem, kiedyś przenieśli go do polski - gdzie poznał moją mamę i wiodą sobie nadal szczęśliwe życie - a teraz kazali mu tu wrócić!
   Usłyszałam jak drzwi się otwierają i docierają do mnie podniesione głosy rodziców, najwyraźniej się o coś kłócili. To dość niezwykłe zjawisko usłyszeć, jak mój tata krzyczy... bo jak na moją rodzicielkę to dość normalne... po kimś w końcu musiałam odziedziczyć charakter, no nie?
   Podeszłam do zamkniętych drzwi mojego pokoju i przyłożyłam drzwi do ucha, by lepiej słyszeć. Co prawda mogłam uchylić lekko drzwi, ale wolałam nie ryzykować. 
   - Nie może tak być! - chyba musiał być naprawdę zły - Ona jest dorosła  i powinna w końcu dorosnąć. - oho. Przerabiali ich ulubiony temat, którym jestem ja. -  Za niedługo kończy szkołę i powinna się opamiętać. Nie może w tylko w kółko chodzić na strzelnice i jeździć na tej swojej maszynie do zabijania!!!
   Naprawdę nie pojmuję, czemu on tak nazywa mój kochany motor, który z resztą sam mi kupił - pewnie za namową mamy - miesiąc temu, jak tylko uzyskałam na niego prawko. A to o strzelnicy jest już kompletnie nie do zrozumienia. Pracował jako policjantem i zamiast, jak normalny rodzic się cieszyć, że jego jedyna córka interesuje się, czymś związanym z jego pracą, cały czas miał problem. Czy to złe, że chcę strzelać z broni? Uwielbiałam to robić i w najmniejszym wypadku nie zamierzałam przestać.
   - Daj spokój! Przecież ona ma jeszcze czas! - moja matka mnie broni, a tata atakuje... to naprawdę dziwne, ponieważ zazwyczaj jest całkowicie odwrotnie. 
    Szybko zaczęli mnie denerwować. Wstałam, otwarłam drzwi i ruszyłam w stronę kuchni, by przerwać ich kłótnie i napić się czegoś. Kiedy weszłam, zapanowała całkowita cisza. Oboje byli czerwoni ze złości na twarzy.
   Chwyciłam z lodówki puszkę Sprite'a.
   - Mogę pojechać na strzelnicę? - zapytałam jak gdyby nic się nie stało i od razu zostając spiorunowana wzrokiem, przez tatę.
   - Jasne, że tak. Tylko nie siedź za długo. - moja mama jako jedyna zdążyła się opanować.
  - Wrócę za dwie godziny. - i szybko wychodzę, dopijając po drodze napój, zanim ojciec zdąży się odezwać.
   Wsiadłam na mój kochany motor, zakładam kask i z radością słucham jak budzi się do życia. Ten dźwięk nie ma prawa się znudzić.
  Mknę radośnie przez drogę ciesząc się przejażdżką, a piętnaście minut później zatrzymuję się pod moim ulubionym miejscem w całej Ameryce. Na progu wita mnie pan Darvis - przyjaciel taty, prowadzący strzelnice. Był póki co, jedyną osobą z tego kraju, którą w miarę polubiłam.
  - Witam Anastazjo. Strzelamy dzisiaj? To co ostatnio? - to chyba było pytanie retoryczne... po co inaczej bym tu przyjeżdżała? Ale na wszelki wypadek kiwam głową - Ile będziesz?
  - Godzina. Zostałabym dłużej, ale chciałabym coś jeszcze zrobić. - tym "cosiem", szczerze mówiąc, była bezcelowa jazda po mieście przez jakiś czas.
  - Dobra. Stanowisko piąte. I pamiętaj... nikomu ani słowa. - mrugnął do mnie.
  To była strzelnica należąca do policji, więc normalnie nie mogłabym tu być, ale pan Darvis pozwalał mi przychodzić tu w godzinach kiedy jest całkiem pusto i strzelać.
~*~
  Jechałam do mojego domu, kiedy usłyszałam dźwięk duszącego się silnika.
  TYLKO NIE TO!
  Zjechałam na parking obok plaży i przyjrzałam się mojemu kochanemu motorowi. Wszystko wyglądało dobrze... cholera! I jak miałam teraz wrócić?  Za daleko, żebym doszła na nogach.
  Kopię bezsilnie w koło sfrustrowana. Nie miałam pojęcia co mogło się z nim stać.
  Chciałam zadzwonić do rodziców i poprosić ich, by przyjechali po mnie, ale nie mogłam znaleźć komórki. Podwójna cholera!  Pewnie zostawiłam ją w domu. Czy może być jeszcze lepiej?
  Postanowiłam, że pójdę na plażę, by usiąść na chwilę i pomyśleć co dalej... Okazało się, że jedynymi osobami poza mną jest jakaś para pochłonięta rozmową. Ładna brunetka i chłopak z fińską urodą. Hmm... był całkiem przystojny.
  Boże...! O czym ja myślę? Nie wiem jak wrócić do domu, a obchodzi mnie, że zajęty chłopak jest przystojny. Żałosna jestem...
  Siadam w lekkim oddaleniu od zakochańców, zaczynam gorączkowo myśleć i nagle dolatują do mnie ich słowa.
  - Myślałem, że mamy to już za sobą - głos chłopaka jest przepełniony bólem, a ja od razu zaczynam słuchać - mówiłaś, że mnie kochasz... że przez ten cały czas mnie kochałaś. Co się zmieniło?
  - Oh... Jem... naprawdę nie mogę ci tego robić. Kocham cię, ale jego nadal kocham. - Czyli zrywali? Wow... zaczynało być ciekawie... tylko kto to ten trzeci? - Nie chcę, żebyś musiał przeze mnie cierpieć. On był dla ciebie jak brat... Nie mogę, po prostu nie mogę.
  - Wiem, ze go kochasz i nie mam nic przeciwko, ja też go kocham. - Halo! Co to miało być? Tania opera mydlana? Jak można nie mieć w tej chwili nic przeciwko?! A może oni żyją w jakimś chorym związku.
  - Tessa... proszę... Nie możesz mnie zostawić. Jesteś całym moim światem...  - Skąd on się urwał? Z XVIII wieku, że w takim wieku pitolił o całym świecie??? Nie no... to chore... Ale współczułam mu trochę.
  - James! Nie mogę, nie rozumiesz?! Nie mogę! - Tess wstała i uciekła, zostawiając go samego. Jem wyglądał jak wrak człowieka... chyba mu na niej zależało... biedny.
  - Mogę się dosiąść? - aż podskoczyłam na dźwięk tych słów. Spojrzałam w górę. Jakiś chłopak stał nade mną, uśmiechając się. Wyglądał na jakieś dwadzieścia lat. Był opalony, miał krótko ścięte włosy i niebieskie oczy. Kiwnęłam głową i spojrzałam na miejsce przed chwilą siedział porzucony chłopak... nie było po nim ani śladu... zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu.
  Nieznajomy też spojrzał w tamto miejsce, marszcząc brwi.
  - Coś się stało?- zapytał lekko zdziwiony.
  - Pytasz o dobre, czy złe rzeczy... a nie chwila. Są same złe. - odparłam naburmuszona.
  - Dożo wyjaśniłaś i dodatkowo promieniejesz radością. - odparł z uśmiechem.
  - Wybacz. Po prostu dzisiejszy dzień jest do dupy. Dodatkowo zepsuł mi się motor i nie mam jak wrócić do domu.
  - Jeśli będziesz chciała mógłbym zobaczyć co z nim. - zaproponować, a ja poczułam się lekko speszona. Czwarte zdanie, a on już proponuje mi pomoc. A nawet nie znam gościa!
  Znasz się na motorach? - zapytałam i tak to się zaczęło... kiedy spojrzałam na zegarek przypięty na nadgarstka znieruchomiałam. DO JASNEJ!!! SZÓSTA!!!!
  Szybko dukam jakieś słowa o tym, że jestem spóźniona i uciekam, a dopiero na parkingu  przypominam sobie, że coś jest z motorem. Niech to szlag!
  - Na pewno nie chcesz, żebym spojrzał? - odwracam się i znowu widzę tego chłopaka.
  - A mógłbyś? - pytam z nadzieją na co on kiwa głową i podchodzi do mojego skarbu.
  Majstrował tam chwilę i nakazał uruchomić motor. 
  DZIAŁA!!!! TRZEBA OGŁOSIĆ ŚWIĘTO PAŃSTWOWE!!!
  - Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. - powtarzałam w kółko - jak mogę ci się odwdzięczyć?
  - Daj mi swój numer. 
  Hm... dać? Rodzice pewnie się wkurzą, że rozdawałam swój numer na prawo i lewo. No więc wybór jest łatwy.
  Po chwili jadę do domu z numerem Phila (bo tak właśnie on się nazywał) w kieszeni.
  Oczywiście czekało mnie piękne powitanie... 
_________________________________________________

Jak się podoba początek? Co myślicie? :3
Proszę o szczere opinie ^^
Pomaga mi moja żona - Czarna :D